Lekkoatletyka: Rozmowa ze Zdzisławem Kwaśnym, medalistą mistrzostw świata w 1983 r.

Wielkopolska dochowała się dwóch medalistów mistrzostw świata w lekkiej atletyce - obydwu w rzucie młotem. Szymon Ziółkowski wygrał w 2001 r. - pamiętamy to świetnie. Kto jednak pamięta Zdzisława Kwaśnego i jego medal z 1983 r.?
Sierpień 1983 r. W Polsce właśnie skończył się stan wojenny. Po wielkich sukcesach ludowego sportu nieuchronnie zbliża się kryzys. Za kilka lat Polacy zupełnie przestaną się liczyć we wszystkich dyscyplinach - zaczną przegrywać piłkarze, inne gry zespołowe zostaną zdegradowane do światowej II ligi, podupadnie wreszcie lekkoatletyka.

W 1983 r. kończyły się sukcesy polskiego wunderteamu lekkoatletycznego. Kolce na kołku zawieszali Kozakiewicz, Ślusarski, Wszoła, nie żył już Bronisław Malinowski, który w 1982 r. zginął w wypadku... Wydawało się więc, że pierwsze w historii mistrzostwa świata zaplanowane w 1983 r. w Helsinkach rozpoczynają się dla nas za późno. W Finlandii polska ekipa nie była już potęgą i nie liczyliśmy na wiele medali.

Tymczasem w zaskakujących okolicznościach Polacy zdobyli aż cztery medale! Na najwyższym podium stanęli Zdzisław Hoffmann w trójskoku i Edward Sarul w pchnięciu kulą, a przecież żaden z nich nie był faworytem. Następca Malinowskiego, Bogusław Mamiński wywalczył srebro w biegu przez przeszkody. Wreszcie, w rzucie młotem na podium stanął Zdzisław Kwaśny z Olimpii Poznań, któremu przyznano brązowy medal, chociaż był drugi. No właśnie...

Radosław Nawrot: ... jak to było z tym Pańskim medalem? Które miejsce Pan zajął w Helsinkach?

Zdzisław Kwaśny: Właściwie to drugie, ale przyznano mi trzecie.

Jak to możliwe?

- Pan pewnie tego nie pamięta...

W 1983 r. byłem jeszcze dzieckiem, ale mistrzostwa oglądałem w czarno-białym telewizorze.

- Telewizja nie pokazała tego, co wydarzyło się po konkursie, w którym rzutem na odległość 81,54 m wywalczyłem drugie miejsce i rozdzieliłem dwóch Rosjan [Siergieja Litwinowa i Jurija Sedycha - przyp. red.].

A co się wydarzyło?

- Przed ostatnim rzutem byłem trzeci [wynik 79,42 m - przyp. red.]. Nie miałem nic do stracenia, poszedłem na całość. Wyszło mi, rzuciłem 81,54 m i te odległość pamiętam do dziś. To był tak dobry wynik, że "Ruscy" trochę się spięli. Po mnie rzucał Igor Nikulin, chyba się wystraszył i zepsuł. Nie wszedł do trójki, choć miał być rosyjski tercet. No i po zawodach komuś się nie spodobało, że Polak rozdzielił "Ruskich". Wpłynął protest z obozu bułgarskiego.

Bułgarskiego? A co do tego mieli Bułgarzy? Żaden ich zawodnik nie walczył o medal!

- Nie walczył, ale co z tego. Czy to pierwszy raz "Ruscy" wyręczyli się Bułgarami? Sprawa nabrała "obiektywizmu", że protest zgłasza ekipa niezaangażowana w rozgrywkę medalową.

O co chodziło w tym proteście?

- O to, że mój rzut był spalony.

A był?

- Skąd! Zresztą sędzia podniósł białą chorągiewkę i zaliczył. Wynik pokazał się na tablicy - wszystko było OK. Następnego dnia wieczorem miała być dekoracja, a tymczasem pojawił się ten protest. Analizowali jakieś nagrania z umieszczonych w kole kamer i uwzględnili go. W piłce nożnej nie do pomyślenia jest, aby zmieniać decyzję sędziego prowadzącego zawody. A w lekkiej atletyce - proszę...

No dobrze, ale czy polska ekipa nie złożyła odwołania?

- Nie.

Ale dlaczego?

- Oficjalnie - nie było pieniędzy.

Jak to "nie było pieniędzy"?

- Po prostu. Wniosek z odwołaniem kosztował jakieś 100 dolarów. Polaków nie było na niego stać.

Tak Panu powiedzieli?

- Tak.

A Pan sam nie walczył o ten medal?

- Nie było sensu. Sam przeciw potędze...

Sugerowali Panu, aby dał Pan spokój?

- Och, nie wracajmy już do tego. To historia!

Dobrze. W takim razie jak to się stało, że został Pan medalistą mistrzostw świata?

- (śmiech) To efekt ciężkiej pracy.

Ale nie był Pan faworytem do medalu...

- No... nie byłem. Sezon miałem jednak dość udany i przed mistrzostwami rzucałem nieźle.

I to spowodowało, że trafił Pan do kadry na Helsinki?

- Nie. Ja do kadry nie trafiłem.

?

- Wyrzucili mnie z niej.

Za co?

- (śmiech) No, nieważne. Takie tam prywatne sprawy... W każdym razie nie za koks i nie za gorzałę.

Wobec tego jakim cudem znalazł się Pan w Helsinkach?

- Trenował mnie Grzegorz Nowak, no i po prostu nie można było się opieprzać.

To znaczy?

- Po prostu zrobiłem minimum na mistrzostwa i musiałem pojechać.

Pamięta Pan ile ono wtedy wynosiło?

- Jasne. 76 metrów. Zrobiłem je bodajże już podczas pierwszego mityngu w Kolonii.

Jak to się stało, że zaczął Pan rzucać młotem w Poznaniu?

- Nauczyciel w-f mnie wyłowił jako nadającego się. Pochodzę z Lubosza i gdy trafiłem do Poznania, zacząłem rzucać razem z kolegą Królakiem, który pochodził z Kwilicza.

Gdzie Pan trenował w Poznaniu? Tam gdzie teraz Szymon Ziółkowski, czyli na ul. Pułaskiego?

- Nie, na Golęcinie, za tą dużą tablicą świetlną. I na Niestachowskiej.

Sam, z trenerem Nowakiem?

- Tak. Trenerem kadry był wtedy Czesław Cybulski, z którym miałem pewne tarcia. Zresztą podejrzewam, że teraz z Szymonem Ziółkowskim jest podobnie.

Nie lubiliście się z trenerem Cybulskim?

- Powiedzmy, że był trudny we współżyciu.

Co się działo z Panem po mistrzostwach? Nie znalazłem Pana na żadnych zawodach po Helsinkach...

- Bo nie startowałem. Wystąpiłem chyba tylko w jednym mityngu. To był bodajże Puchar Świata - i tyle! Z końcem sezonu 1983 zakończyłem występy.

Dlaczego?

- Zostałem skreślony.

Kto Pana skreślił?

- Ogólnie mnie skreślono. Zresztą ja nie chcę o tym mówić. To było dawno. Zostawmy...

Czy wtedy wiedzieliście już o wycofaniu się Polski i innych krajów socjalistycznych [poza Chinami, Rumunią i Jugosławią - przyp. red.] z igrzysk olimpijskich w Los Angeles w 1984 r.?

- Tak, wiedzieliśmy. Dowiedzieliśmy się przed mistrzostwami świata. Chyba na jakimś obozie w Grecji.

Czyli perspektywy na igrzyska, podobnie jak wielu sportowców tego pokolenia, już Pan nie miał...

- No właśnie! Zorganizowano, co prawda, taką zastępczą olimpiadę dla państw socjalistycznych w Moskwie, ale ja już na nią nie pojechałem. Królak pojechał - ja nie.

Chyba jest Pan nieco rozgoryczony przebiegiem swojej kariery. Źle Pan wspomina te czasy i te mistrzostwa?

- Mistrzostwa wspominam miło. Gorzej to, co działo się po nich.

Zupełnie porzucił Pan sport?

- No, nie jest mi już bliski. Ale transmisje z mistrzostw świata w Paryżu oglądam.

Co Pan zatem robił przez te wszystkie lata? Uprawiał Pan sport?

- Nie, to niewiele miało wspólnego ze sportem. Pracuję od wielu lat w tym samym miejscu.

Czyli gdzie?

- Jestem policjantem. Sekcja kryminalna komisariatu policji Grunwald.

Naprawdę? Jest Pan policjantem? Ale nie mundurowym?

- Nie.

Panie Zdzisławie, może zrobimy Panu zdjęcie. Kibice chętnie zobaczyliby jak teraz wygląda medalista mistrzostw świata sprzed 20 lat.

- Nie, nie, to wykluczone!

Dlaczego?

- Ja teraz ważę 140 kg, więc byłoby to asportowe.



Nie miałem nic do stracenia, poszedłem na całość. Wyszło mi, rzuciłem 81,54 m i te odległość pamiętam do dziś. To był tak dobry wynik, że "Ruscy" trochę się spięli.

Trenerem kadry był wtedy Czesław Cybulski, z którym miałem pewne tarcia. Zresztą podejrzewam, że teraz z Szymonem Ziółkowskim jest podobnie.

Skomentuj:
Lekkoatletyka: Rozmowa ze Zdzisławem Kwaśnym, medalistą mistrzostw świata w 1983 r.
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najnowsze informacje