Sport.pl

Kamil Stoch: Drugiego Małysza nie będzie. Nie mówcie mi ?mistrzu"

W czwartek Kamil Stoch zdobył pierwsze w karierze mistrzostwo świata. - Jak ktoś powie do mnie ?mistrzu?, będę lał po głowie - mówi mistrz świata z Val di Fiemme
:
-
Robert Błoński: Zawsze uciekałeś od porównań do Adama Małysza, były dla ciebie obciążeniem, ale niejako sam prowokujesz. Pierwszy konkurs PŚ wygrałeś w Zakopanem w sezonie, w którym on kończył karierę. Wygrałeś także w Planicy, kiedy Adam skakał po raz ostatni w Pucharze Świata i był trzeci. Teraz, w Predazzo, zostałeś mistrzem świata dokładnie dziesięć lat po jego sukcesach.

Kamil Stoch: Ale już przestało mnie to męczyć, nie będę z tym walczył. To porównywanie stało się już miłe. Nie chciałem dopuścić do sytuacji, że coś będę musiał robić, że będę musiał zostać drugim Adamem, zdobywać to, co on. Bo nie mam na to szans, choćby dlatego, że zabraknie mi czasu. Adam był wyjątkowym skoczkiem, jest wyjątkowym człowiekiem. Drugiego takiego nie będzie. Cieszę się, że choć w minimalnym ułamku mogę zdobyć to, co on. Teraz najważniejsze są igrzyska w Soczi, ale do nich sporo czasu, mnóstwo konkursów i - mam nadzieję - wiele pięknych chwil.

Ta z Predazzo jest najprzyjemniejsza w karierze.

- Nie da się porównać z żadnym innym dotychczasowym sukcesem. Zakopane to Zakopane, nie ma takiego drugiego miejsca na świecie. Tu widziałem, że na trybunach jest mnóstwo Polaków. Zdążyłem ochłonąć, zaczyna boleć mnie głowa. To był piękny dzień, wszystko ułożyło się po mojej myśli. Oba skoki były jednymi z najlepszych w sezonie. Rywalizacja była na najwyższym poziomie i super, że tak pięknie się dla mnie skończyła. Poprzedniej nocy źle spałem, miałem dziwne sny, obudziłem się w kiepskim humorze. Potem rozkręcałem się z każdą godziną.

Teraz koledzy z kadry będą mówili do ciebie per "mistrzu"?

- Mam nadzieję, że nie. Bo będę lał po głowie, jak ktoś się tak do mnie zwróci. Chcę, by nic się nie zmieniło, pozostać gościem, którym byłem jeszcze w środę. W sporcie są wzloty i upadki, a sukces nie trwa wiecznie.

Wiele konkursów kończyło się z minimalną przewagą zwycięzcy. Ty wygrałeś, mając ponad sześć punktów więcej.

- Zrobiłem to, co do mnie należało. Oddałem dobre i normalne skoki, to wystarczyło. Zrobiłem, co w mojej mocy. Nawet nie wiedziałem, że po pierwszej serii mam ponad pięć punktów przewagi. To nie miało znaczenia, w skokach przy minimalnym błędzie można roztrwonić każdą przewagę.

Za pierwszy skok dostałeś mistrzowską notę.

- Tak. Nawet była jedna dwudziestka, pierwsza w życiu. A nie zrobiłem niczego specjalnego, wszystko wyszło z automatu. Po drugim skoku nie wiedziałem, które zajmę miejsce. Słyszałem na górze, że skoki są bardzo dalekie, ale byłem z siebie zadowolony. Nawet nie wiedziałem, że też szedłem z niższej belki.

Niebezpiecznie było na dole, gdzie Piotr Żyła i Dawid Kubacki wzięli cię na ręce i nosili po zeskoku?

- To było super. Czekałem na to całe życie, całą swoją karierę. Żeby koledzy mnie tak ponieśli, żeby cieszyli się razem ze mną. To nasz wspólny sukces.

My pamiętamy twoją radość, kiedy w 2007 roku mistrzem świata został Adam Małysz. Byłeś pierwszym, który mu gratulował na zeskoku w Sapporo. A potem na rękach nosili go Simon Ammann z Thomasem Morgensternem.

- Dziś, jak zobaczyłem chłopaków, że do mnie biegną...To aż nie wiem, jak to opisać. Zacząłem krzyczeć. Dekoracja dopiero w piątek wieczorem, ale już miałem medal w ręku. Mam nadzieję, że go nie ukradną. Fajnie się wstrzeliłem z tym moim pierwszym zwycięstwem w sezonie. Pomyślałem sobie, że musiałem długo czekać, ale warto było.

Miałeś chwile zwątpienia?

- Może raczej byłem zdezorientowany. Latem ciężko pracowałem, choć było mi trudno. Pogubiłem się z techniką, końcówka lata wyglądała nieźle i myślałem, że tak samo zacznie się zima. A było, jak było. Nie wątpiłem, ale analizowałem i myślałem, co się dzieje i co można zrobić lepiej. Wiedziałem, że te dobre skoki są w nas, są we mnie i trzeba je tylko wyzwolić. Dziś mamy to, o czym marzyliśmy.

Przed tym konkursem Adam Małysz i Gregor Schlierenzauer powiedzieli, że jesteś głównym kandydatem do złotego medalu. Znają się.

- Większą presję czułem na normalnej skoczni, czułem się gorzej. Tu wiedziałem, co chcę zrobić i jak mam to zrobić. Serce biło mocniej z emocji, ale nie dałem się ponieść. Bardzo chciałem zdobyć złoty, wiedziałem, że stać mnie na to. Ale i z najlepszymi skokami w sezonie mogłem być trzeci czy czwarty. Dziękuję bardzo trenerowi Łukaszowi Kruczkowi. Za to, że w swoją pracę wkłada mnóstwo wysiłku, jest ambitny i nigdy się nie poddaje. Dziękuję też wszystkim, których kamery nie obejmują, czyli asystentom Zbigniewowi Klimowskiemu i Grześkowi Sobczykowi, psychologowi Kamilowi Wódce, serwismenowi Kacprowi Skrobotowi, fizjoterapeucie Łukaszowi Gębali, biomechanikowi Piotrowi Krężałkowi. No i żonie oraz całej rodzinie. To sukces nas wszystkich.

Zdobyłeś medal wcześniej niż Justyna Kowalczyk.

- Ma ich już tyle, że to nie ma znaczenia, kto kiedy zdobył złoto w Val di Fiemme. Jest multimedalistką, ja nawet nie powinienem się do niej porównywać.

Szanse przed sobotnią drużynówką?

- Maciek, Piotrek i Dawid nie skoczyli dziś takich skoków, na jakie ich stać. Jeśli zrobią to, co do nich należy, oddadzą normalny skok, bo tu nie trzeba cudów, to będziemy się cieszyć. Złoty medal nie daje mi żadnego przywileju. Znowu muszę skoczyć najlepiej, jak umiem, i zapracować na wynik drużyny. Nie chcę jednak bawić się w rolę wybawiciela. Wszyscy musimy skoczyć na sto procent.



W sobotę w Predazzo odbędzie się konkurs drużynowy na dużej skoczni. Relacja od 16 w Sport.pl i aplikacji Sport.pl LIVE

Więcej o: