Sport.pl

Londyn 2012. Kajakarstwo. Lilaróż jest kolorem twardzieli

Marta Walczykiewicz w sobotnim finale sprintu, mistrz świata Piotr Siemionowski sensacyjnie wyleciał z igrzysk po porażce w półfinale
Może i Marta lubi różowy kolor, może i lubi różowe i fioletowe gwiazdki na swoim kajaku, ale jeśli ktoś myśli, że ten delikatny lilaróż świadczy o jej delikatności w torze? Nie, Marta jest twardzielem. - Czasami się wścieka dlaczego na nią nie krzyczę na treningach - mówi trener Tomasz Kryk.

Wczoraj po prostu wykonała zadanie, choć - ze względu na okoliczności - nie było łatwe. Gdy wychodziła ze swojego namiotu na start półfinału, wszedł do niego Siemionowski. Widzieć takiego chłopa na schwał, 193 wzrostu, 95 kg wagi, który zwyciężał w zeszłym sezonie w każdych regatach przegranego tuż przed własnym startem, musiało robić wrażenie. - Nie podeszłam do niego, nie podałam mu ręki, nie rozmawiałam z nim, nie pocieszałam go, bo to by nic nie dało. Popłynęłam na start i w głowie kłębiły mi się różne myśli. Ale w końcu zebrałam się do kupy - powiedziała trzykrotna wicemistrzyni świata na tym dystansie Marta Walczykiewicz, która kilka dni temu w finale prowadziła polską kobiecą czwórkę na czwarte miejsce w finale wyścigu na 500 m.

Była druga za Wegierką Natasą Dusev-Janics i w finale wystartuje z drugiego toru. Obok Węgierki popłynie Lisa Carrington, czyli ta zawodniczka, która pokonała Martę na mistrzostwach w Szeged.

Do medalu jest daleka droga, choć wyścig trwa około 40 sekund.

W sprincie liczy się dynamika, czas reakcji, jeden błąd - zwłaszcza na starcie i można się pożegnać z dobrym miejscem. Kajak jest bowiem chybotliwy, niestabilny i zdarza się, że nawet zawodnicy w olbrzymim doświadczeniem zachwieją się na nim. Dawno temu, jako chłopcy ze sportowej szkoły kajakowej nr 175, zakładaliśmy się ze spacerowiczami w parku na Szczęśliwicach, czy wytrzymają pół minuty w takiej łódce nie przewracjając się do wody. Żaden nie wytrzymał.

Błąd popełnił także Piotr Siemionowski i przez ten jeden błąd zakończyły się igrzyska dla mistrza świata i mistrza Europy. On sam wielokrotnie twierdził w wywiadach, że do Londynu jedzie po złoto i inne miejsce niż pierwsze uważałby w głębi ducha za porażkę. Już na miejscu, jeszcze przed pierwszym wyścigiem uważał, że okoliczności mu w Eton sprzyjają - zwłaszcza szerokie i długie trybuny, bo on uwielbia, gdy ludzie głośno dopingują, gdy na torze panuje zgiełk i harmider.

Wczoraj po wyścigu półfinałowym, mówił, że chyba się rzuci z Big Bena prosto na trotuar.

Katastrofy i rozczarowania na miarę niepowodzenia Marcina Dołęgi nikt się nie spodziewał, zwłaszcza po przeczytaniu i wysłuchaniu wywiadów z kajakarzem. Również po eliminacjach nie było powodu, aby zwątpić w jego szanse na medal. W sprintach pierwsze dwa wyścigi odbywają się tego samego dnia, co powoduje, że organizm musi się nauczyć startować ten drugi wyścig, w stanie podtrucia falą kwasu mlekowego, jaki został wyprodukowany w pierwszym - zwłaszcza, że zawodnicy płyną w Eton lekko pod wiatr i w związku z tym wysiłek trwa dłużej. Dlatego Siemionowski najpierw bardzo spokojnie pojechał eliminacje. Na mecie był drugi. - Końcowe 100 metrów uspokajałem tempo, bo widziałem, że nikt mi nie zagraża - powiedział.

Więc wszystko grało.

W półfinale Piotr spotkał się w nim ze swoimi starymi znajomymi z podium różnych regat Edem McKeeverem, Ronaldem Rauhe. Już na pierwszym pociągnięciu stracił kilkadziesiąt centymetrów, potem - w porównaniu do zwycięzcy McKeevera - wiosłował ospale. Zawsze mówił, że w jego konkurencji liczy się każde pociągnięcie wiosła, i że może ono zadecydować o zwycięstwie. W dystansie było nawet gorzej - Polak nie odzyskiwał miejsc.

Z dwóch półfinałów wchodziło do sobotniego finału czterech zawodników - Siemionowski był szósty.

- W najczarniejszych snach się tego nie spodziewaliśmy. Daliśmy ciała - powiedział jego trener Mariusz Słowiński. Trener uważa, że to co działo się najgorszego, to w środku dystansu, gdy jego zawodnik nie miał dynamiki. Właśnie z niej - w tej części dystansu - słynął. Według trenera kontuzja dłoni, jakiej Piotr nabawił się jeszcze przed mistrzostwami Europy, nie miała znaczenia. Polak doszedł do siebie i pływał w sezonie bardzo szybko.

Siemionowski jest przypadkiem niezwykłym, wyjątkowym indywidualistą, który już dawno odłączył się od treningów za pośrednictwem związku kajakowego i ćwiczy sam ze Słowińskim. Jako członek Klubu Londyn miał do tego prawo, jako jedynkarz nie musiał mieć partnerów. Tylko nie wiadomo, czy to dobrze.

- Postaram się pomścić w finale Piotrka i wszystkich, którym się tutaj nie udało - powiedziała Marta.

Kolorowe kajaki Marty Walczykiewicz »


Więcej o: