Sport.pl

Londyn 2012. Piotr Siemionowski. Z wielką szuflą na Londyn

Wbiega na Kasprowy, wyciska na sztandze 180 kg. Piotr Siemionowski, najlepszy kajakowy sprinter świata to jedna z największych polskich szans na złoto olimpijskie w Londynie. - Od dwóch lat startuję z wiosłem o większej powierzchni pióra niż najgroźniejsi rywale, taką szuflą. Był to strzał w dziesiątkę. Do niego trzeba mieć moc - mówi. Do igrzysk pozostało dokładnie 100 dni.
Radosław Leniarski: Czy po zimie podtrzymuje pan swoje słowa z jesieni - że płynie w Londynie po złoto?

Piotr Siemionowski: - Tak. Nic się nie zmieniło. Wciąż jestem mistrzem świata, wciąż jestem faworytem olimpijskiego finału.

Obejrzałem imponujący film na stronie piotrsiemionowski.pl. Wykonuje pan gigantyczną pracę. Rozumiem, że na wideoklipie wbiegał pan na Kasprowy.

- Jasne. Ale pod takie góry wbiec jest bardzo ciężko, zwłaszcza gdy się waży 93 kg. To cholerny wysiłek, więc zazwyczaj uprawiam marszobiegi. Jednak film musi robić wrażenie. Gdybym szedł, nie byłoby tak ładnie. Dlatego są na nim wyłącznie ujęcia, gdy biegnę i odpoczywam. Ale do Morskiego Oka trasą bryczek wbiegam bez problemu, a troszkę tego jest [z parkingu samochodowego około 8 km w jedną stronę - rl].

Na filmie - o ile dobrze policzyłem - wyciska pan leżąc aż 175 kg lub nawet 180. Założył pan na sztangę tyle, żeby zrobić wrażenie na widzach?

- Nie, to moje ciężary maksymalne. Tyle trzeba wyciskać, aby być w czołówce i używać takiego wiosła jak moje. Od dwóch lat startuję z wiosłem o większej powierzchni pióra niż najgroźniejsi rywale, taką szuflą. Był to strzał w dziesiątkę, lepiej poczułem wodę [czucie wody jest specyficznym atutem, dzięki któremu kajakarz najefektywniej wykorzystuje sprzęt pracujący w wodzie, nie "zrywa wody" wiosłem - rl] i od razu przyszły wyniki. Właśnie otrzymałem nowe od TurboStrenght z Kanady, już na zamówienie dla mnie, specjalnie wzmacniane na drążku, aby było sztywniejsze. Do niego trzeba mieć moc. Testy na ergometrze pokazują, że rozwijam moc ponad 900 watów, co nic czytelnikowi nie powie. Dodam więc, że nie jestem w takich testach wybitny ani najlepszy w Polsce, głównie dlatego zapewne, że dla mnie sprzęt, na którym przeprowadzane są próby, jest za mały. Potem, na wodzie wszystko wygląda inaczej.

Faktycznie, kiedyś kajakarze wyglądali inaczej - wybitni Węgier Ferenc Csipes, czy Norweg Knut Holmann a nawet nasz Piotr Markiewicz, pierwszy mistrz świata na 200 m. Byli szczupli. Pan ma 193 cm wzrostu i waży 93 kg. W PZK mówią o panu "smok".

- Moje parametry są na mistrza świata, skoro nim jestem. Fakt, odkąd sprint stał się konkurencją olimpijską, specjalizacja zrobiła swoje, pojawili się bardzo mocno zbudowani zawodnicy. Sam jestem zaprzeczeniem, że sprinter musi być krępy i mieć chamską siłę w krótkich łapkach. Ważna stała się moc i technika, czyli przełożenie siły na szybkość na wodzie.

Dzięki Klubowi Londyn mógł pan, tak jak Australijczycy lub Amerykanie, do woli trenować w ciepłym klimacie?

- Ciągły kontakt z wodą w cieple to bardzo ważne dla kajakarza, bo nie traci się czucia wody. Ale wybraliśmy standardowe rozwiązania, czyli zgrupowania tam, gdzie zawsze - w Portugalii i Włoszech. Nie zaryzykowałbym przed igrzyskami czegoś nie sprawdzonego. Mrągowo zimą jest skute lodem, podobnie Wałcz. Tydzień temu po raz pierwszy w tym roku schodziliśmy na wodę w Polsce. Dosyć nieprzyjemne doświadczenie, woda jest zimna - dziś na treningu było tylko 4 st. - ruchy inne, mięśnie sztywne, a trzeba zasuwać. W weekend mamy eliminacje kadry. Muszę trenować na wodzie dwa razy dziennie.

Wiem, że jest pan typem samotnika. W zeszłym roku stoczył pan zwycięską wojnę w obronie swojej treningowej niezależności, ćwiczył pan poza kadrą, samodzielnie. Jak jest teraz?

- Kadra została podzielona na sprinterów i pływających na tysiąc metrów. Ja jestem w grupie pływających na 200 m. Wzięliśmy dodatkowego trenera do pomocy i tą małą grupę jeszcze podzieliliśmy. Oni koncentrowali się na swojej robocie - mają przed sobą kwalifikacje olimpijskie do dwójek - a ja na swojej, bo jako jedyny w kadrze mam zapewniony start.

Nie brakuje panu tego, aby stanąć w torze z takim Markiem Twardowskim, albo młodymi Dawidem Putto, Denisem Ambroziakiem i sprawdzić się?

- Jak trzeba, organizujemy taki trening. Nie mam potrzeby, aby się ścigać. Rywalizacja w sprincie daje wręcz odwrotny skutek. Gdy się kątem oka zobaczy, że pojawia się obok dziubek łodzi rywala, człowiek się spina. Nie, tu trzeba założyć klapki na oczy, okulary, czapkę i nie patrzeć na innych, bo to początek końca. Trzeba rządzić we własnym torze.

Czy po wspaniałym sezonie 2011 przypłynęli do pana sponsorzy? Za darmo się nie produkuje takiego filmu...

- Zapłaciliśmy za niego sami z trenerem, sami zorganizowaliśmy stronę piotrsiemionowski.pl - w ramach promocji mojej marki. Inwestycja zwróciła się mniej więcej w połowie. Byli chętni do sponsorowania, ale gdy dochodziło do wypłacania pieniędzy, wykruszali się. Bez pomocy państwa kajakarstwo nie ma szans. Ja sam się próbuję jakoś zabezpieczyć. Założyłem firmę, kupiłem wywrotkę i z ojcem razem działamy. Do wywrotki można założyć pług, zainstalować piaskarkę, więc zimą odśnieżamy. Latem jest to typowa firma transportu budowlanego, czyli wożenie żwiru, piachu.

Zostało 100 dni do igrzysk. Finał odbędzie się przedostatniego dnia. Jaka jest pana psychologiczna konstrukcja - atmosfera zmobilizuje czy raczej rozproszy oczekiwanie?

- Igrzyska gdzieś świecą w oddali. Teraz o nich nie myślę, bo po co? Jestem już wystarczająco zmobilizowany. Bardziej nie można, bo dałoby to odwrotny skutek.

Do Londynu przylecę dwa dni przed startem, aby nie docisnęła mnie atmosfera czy stres przedstartowy. Nie będę na otwarciu. Zamierzam skoncentrować się wyłącznie na starcie, Będę się izolować. Z tego powodu wykluczam start w dwójce i czwórce, jeśli osady się zakwalifikują. Po co szukać dwóch szans, skoro jest jedna realna? Pełna siła w jeden punkt.

Nie umiemy się powstrzymać na Facebook.com/Sportpl »


Więcej o: