Sport.pl

Tomasz Majewski: Nie wierzę w wyjątkowe wyniki w Londynie

:
-
- Czy jestem faworytem do medalu w Londynie? Nie mam wyjścia. Jeśli uniknę kłopotów ze zdrowiem, to będę na igrzyskach bardzo mocny
Radosław Leniarski: Jak się czuje mistrz olimpijski, który bije dwukrotnie narodowy rekord, ale nie wystarcza mu to do wygrania zawodów?

Tomasz Majewski: Rekord Polski widocznie to za mało. Był to najlepszy konkurs w historii halowych mistrzostw świata. Owszem, wcześniej osiągano podobne wyniki, ale nie dokonywało tego aż tylu zawodników i nie robili tego aż tak często. W 2009 roku tylko jeden kulomiot pchnął ponad 22 metry w sezonie letnim, rok temu aż pięciu, a w tym sezonie może takich być aż siedmiu. Czegoś takiego nigdy nie było.

Skąd ta eksplozja?

- Startuje wielu wybitnych i wiekowo zaawansowanych zawodników, którzy kontynuują kariery na bardzo wysokim poziomie, jak Amerykanie Christian Cantwell, Reese Hoffa, Adam Nelson czy Białorusin Andrej Michniewicz. Znaczące wydłużanie się karier mamy nie tylko w pchnięciu kulą. Jednocześnie dochodzą nowi, nie mniej utalentowani sportowcy, jeśli nie nawet bardziej, jak 22-letni Niemiec David Storl. Taki wspaniały kulomiot dawno się nie objawił. Co jakiś czas wychodzą też z cienia przeciętni dotąd zawodnicy, jak Amerykanin Ryan Whiting, od piątku halowy mistrz świata.

Myślę, że po igrzyskach w Londynie kilku z tego grona rzuci sport.

Powiedziałeś w wywiadzie, że w Londynie głównym faworytem będzie Storl. Ale ten młody Niemiec nawet nie zbliżył się do 22 metrów. Dlaczego stawiasz właśnie na niego?

- Bo to wielki talent. W trochę ponad pół roku został mistrzem świata na otwartym stadionie i wicemistrzem w hali, pchając bardzo daleko. Potrafi się zaprogramować na główną imprezę, trafić w punkt z formą. Nie kombinuje, chce ustawić konkurs z miejsca, od razu w pierwszej próbie. Wygrałem z nim dwukrotnie w hali przed mistrzostwami świata, inni też z nim wygrywali i jak się okazało, nie miało to dla niego żadnego znaczenia.

Samego siebie też zaliczasz do faworytów...

- Nie mam wyjścia. Jeśli uniknę kłopotów ze zdrowiem, to też będę w Londynie bardzo mocny.

W 2008 roku zdobyłeś brąz MŚ w Walencji, a kilka miesięcy później złoty medal w Pekinie. Teraz znów masz brązowy medal, więc w Londynie... Czy takie analogie mają sens?

- Z jednej strony sport jest piękny dzięki przełamywaniu reguł sugerowanych przez statystyki. Ale to, że w roku mistrzostw świata lider światowych list nigdy nie zdobył na nich złotego medalu, jest prawdą. Można sprowadzić wszystko do statystyki, ale też sięgnąć głębiej i stwierdzić, że ta statystyka pokazuje, jak w sporcie kształtuje się forma. Inną prawidłowością jest, że kulomiot nie jest w stanie utrzymać wybitnej formy przez dwa sezony, że ona faluje. Tak było w przypadku wielu znakomitych zawodników, w tym Hoffy, Cantwella, czy Kanadyjczyka Dylana Armstronga.

W Londynie wystartuje trzech supermocnych Amerykanów, a do tego Michniewicz, Storl, Armstrong. Zapowiada się konkurs siłaczy, jakiego jeszcze nie było. To powód do obawy o szanse na medal czy źródło motywacji?

- Zapowiadał się też taki niesamowity konkurs w mistrzostwach świata w Daegu, a był raczej zwykły. Nie wierzę w wyjątkowe wyniki w Londynie. Historia mówi, że na igrzyskach szału z rekordami raczej nie ma. Z drugiej strony konkursy pchnięcia kulą zmieniają swój charakter. Wchodzi do koła jeden, pcha daleko, ale pozostałych to nie załamuje - następny robi to jeszcze lepiej. W Helsinkach w 2005 roku Adam Nelson pchnął w pierwszej serii 21,73 i reszta zawodników psychicznie się ugotowała. W ten sposób załatwił konkurs. Teraz? W mistrzostwach świata w Stambule było aż 11 prób powyżej 21 metrów. Żeby wyjaśnić, co to oznacza - w konkursie w 2004 były takie dwie, a w 2001 żadnej.

Czy nie myślałeś o tym, by - po klęsce w Daegu (Majewski zajął 9. miejsce) i w związku z sytuacją na rzutni, o której mówiłeś - zasięgnąć rady psychologa?

- Po Daegu odbyłem kilka rozmów z psychologiem, które i jemu, i mi uświadomiły, że tego nie potrzebuję. Jestem ukształtowanym zawodnikiem dobrze nastawionym do rywalizacji, ona mnie nakręca. Rozmowy pomogły mi o tyle, że teraz umiem zdefiniować, co się podczas konkursu dzieje, nie tylko wokół mnie. Kiedyś to wyczuwałem intuicyjnie, teraz to wiem.

Jako kulomiot zbliżasz się do granic możliwości. Jest w technice coś, co możesz poprawić i zyskać przełomową przewagę?

- Dużo nie da się zmienić. Pracujemy z trenerem nad szczegółami, na przykład nad pierwszą fazą pchnięcia. Mam stabilniejszą postawę. Ale dużo lepiej nie będzie. Storl ma więcej zapasu, bo kilka elementów technicznych knoci, a w niektórych jest wybitny. Ma szybkie nogi. Stać go na więcej.

Ministerstwo sprawiedliwości przygotowuje ustawę o deregulacji zawodów, w tym zawodu trenera. Znikną klasy trenerów oraz szczegółowe wymagania. Wystarczy, że chętny do pracy w sporcie będzie pełnoletni, z wykształceniem średnim i niekarany za przestępstwa związane z rywalizacją. Jaka jest twoja opinia?

- To największa bzdura, o jakiej ostatnio słyszałem, idiotyczna próba otwarcia specjalistycznego zawodu na dyletantów. Prawdziwe kuriozum.

Chcę znać nazwisko tego urzędnika, który wymyślił, że wystarczy matura, że nie trzeba się uczyć, można być skończonym gamoniem i trenować czyjeś dzieci. Na całym świecie stawia się na wiedzę i jej poszerzanie, a u nas odwrotnie - władze proponują jej spłycenie.

Gwarantuję, że usiądziesz na krześle i w dziesięć minut wymyślisz sto razy lepsze rozwiązanie niż oddawanie dziecka jakiemuś naturszczykowi. Wystarczy, że zechcesz, by twoje dzieci trenowały na przykład akrobatykę sportową. Bez właściwej wiedzy można młodemu człowiekowi zepsuć nie tylko zdrowie, ale nawet życie. Nie wyobrażam sobie rodzica, który powierzyłby dziecko niedouczonemu pedagogowi, więc nie rozumiem, jak trener pozbawiony podstawowej wiedzy z biomechaniki, fizjologii czy psychologii może właściwie nadzorować fizyczny rozwój dzieci. Mam nadzieję, że ten niewydarzony pomysł nie zostanie zrealizowany, bo jeśli zostanie, to polski sport tylko na tym straci.

Więcej o: