SMG dostała w ubiegłym roku blisko 9 mln zł z miasta za zarządzanie obiektem. Teraz urzędnicy zapowiadają, że zmienią umowę z operatorem.
- Nie ze wszystkich działań SMG jesteśmy zadowoleni - mówi Michał Janicki, wiceprezydent Wrocławia. - Do dzisiaj operator nie sprzedał praw do nazwy stadionu. Ma po prostu zbyt małą znajomość rynku w Polsce. Nie nawiązuje kontaktu ze wszystkimi firmami, z którymi mógłby. Za dużo płacimy SMG, a efekty ich
pracy są marne.
Ale umowa między miastem i SMG jest sformułowana tak, że firma nie jest zarządcą stadionu, a jedynie doradcą miasta. Zgodnie z dokumentem podpisanym w styczniu 2010 roku przez Rafała Dutkiewicza i Michaela Brilla, dyrektora SMG
Polska, spółka "doradza i pośredniczy" przy przedsięwzięciach przynoszących największy dochód stadionowi. Dotyczy to wszystkich rozmów o sprzedaży prawa do nazwy stadionu, ale również sprzedaży lóż, miejsc biznesowych i nawiązywaniu wszelkich umów z firmami zewnętrznymi. W praktyce oznacza to, że na zawarcie każdej umowy SMG musi mieć zgodę miejskiej spółki Wrocław 2012, która miała zajmować się jedynie nadzorem budowy wrocławskiego stadionu.
- To często wiąże nam ręce - mówi Marcin Wojczyński, wicedyrektor SMG Polska. - Przy negocjacjach jesteśmy zobligowani za każdym razem pytać o zdanie spółki Wrocław 2012. W efekcie nigdy nie wiemy, jaka będzie ostateczna podana przez nas cena. Od samego początku chcieliśmy wziąć pełną odpowiedzialność za stadion. Ale miasto wolało, żebyśmy byli jedynie doradcą.
Monika Jaśkowska-Rokita, wiceprezes Wrocław 2012, broni swojej spółki: - Dzięki temu, że współpracujemy z operatorem, łatwiej jest go kontrolować oraz unikać pewnych błędów z jego strony.
Jakie to błędy? - Tylko w ostatnim tygodniu mieliśmy cztery reklamacje od naszych klientów: jedna z bram wjazdowych była zamknięta i brakowało dwóch stolików w biznesklubie. Popełniają często błędy w księgowości, które mogły skutkować dla miasta konsekwencjami finansowymi.
Jeśli idzie o wymogi, jakie na operatora nakłada miasto, to umowa nie określa, ile imprez rocznie i o jakiej frekwencji SMG ma zorganizować. Dwa lata temu przed jej podpisaniem Michał Janicki zapewniał, że spółka będzie wypracowywać 25 mln zł zysku rocznie na działalności stadionu. Ale w umowie próżno szukać jakichkolwiek wzmianek na ten temat. Nie ma w niej zapisu o karach finansowych w przypadku niewypracowania określonych zysków przez SMG. Jest natomiast klauzula, że miasto musi "przed nałożeniem na Operatora kary umownej wszechstronnie rozważyć okoliczności zaistnienia podstawy do jej nałożenia".
Współpraca z SMG mogłaby zostać zerwana dopiero wtedy, jeśli przez kolejne dwa lata w okresie od 2013 do 2016 roku firma nie wypracowałaby choćby minimalnego zysku operacyjnego.
- Nie mogliśmy przyjąć bardziej restrykcyjnych zapisów. Dla firm wprowadzanie dodatkowych kar na piśmie wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem. Nikt by się do nas nie zgłosił - przekonuje Michał Janicki, wiceprezydent Wrocławia.
- Nikt z miasta nigdy z nami nie rozmawiał na temat kar umownych za niewypracowany zysk. Można to łatwo sprawdzić w protokołach negocjacyjnych - odpowiada Marcin Wojczyński.
SMG twierdzi, że to miasto nie wywiązało się z umowy. Michael Brill, dyrektor SMG Polska: - W ciągu ostatnich dwóch lat wypełniliśmy wszystkie zobowiązania w każdym z aspektów umowy. Wykonaliśmy więcej usług, i to bez dodatkowego
wynagrodzenia. Do tej pory nie dostaliśmy części zaległych pieniędzy. Trudno nam zrozumieć, dlaczego tak jesteśmy teraz traktowani.
Janicki mówi, że rozmowy w sprawie rozliczeń pomiędzy Wrocławiem i spółką nadal się toczą. - My jesteśmy im winni część pieniędzy, jak również oni nam za wpływy od sponsorów. To musi trochę potrwać.
Wczoraj SMG zapowiedziało, że jest gotowe zrezygnować z 80 proc. wynagrodzenia, jakie dostaje za zarządzanie stadionem. Kto miałby przejąć zadania po operatorze? - Być może będzie to spółka Wrocław 2012 albo jakaś inna firma zewnętrzna. Na razie prowadzimy jeszcze rozmowy z SMG - mówi Janicki.