Sport.pl

Alpejski PŚ na starcie: Sezon eksperymentów

Rozpoczynający się sezon narciarski jest dla zawodników dużą niewiadomą. Światowa Federacja Narciarska (FIS) zmieniła zasady rywalizacji w niemal wszystkich konkurencjach. Mimo reform faworytami pozostają jednak Stephan Eberharter i Janica Kostelić.


Szef FIS Gian Franco Kasper dotrzymał słowa i doprowadził do zmian zasad rozgrywania pucharowych konkurencji. W zamierzeniach Szwajcara reformy mają z czasem doprowadzić do powrotu narciarstwa na telewizyjne ekrany.

Kostner mówi "absurd"

Sytuacja tej zimowej dyscypliny staje się bowiem coraz bardziej dramatyczna. W Europie już tylko Szwajcarzy i Austriacy przeprowadzają bezpośrednie transmisje ze wszystkich pucharowych stoków. Ten spadek zainteresowania ze strony elektronicznych mass mediów ma oczywiste konsekwencje finansowe - gdzie brakuje telewizyjnych obiektywów, tam sponsorzy do kieszeni sięgają mniej chętnie. A pieniędzy narciarstwo potrzebuje dużych - zorganizowanie jednego biegu zjazdowego w Pucharze Świata kosztuje minimum milion euro.

To właśnie z myślą o telewizjach opracowano nowe zasady rozgrywania najbardziej spektakularnych konkurencji - biegu zjazdowego i supergiganta. Do tej pory najlepsi startowali na samym początku - w efekcie już po zjeździe pierwszej dziesiątki wszystko było najczęściej wiadome. To, że na podium stawał ktoś z dalekim numerem startowym, było bardzo rzadkie, tym bardziej że trasa ulega zawsze stopniowej degradacji i im późniejszy start, tym gorsze warunki na stoku. Dla stacji telewizyjnych był to wielki problem - wielu widzów oglądało właśnie tylko te pierwsze przejazdy, po czym, gdy było już jasne, kto wygra, zmieniało kanał lub wyłączało telewizor. W tym roku w supergigancie o numerze startowym decydować będzie miejsce w rankingu dyscypliny - najlepszy startować będzie z numerem 30, a 30. jako pierwszy.

W zjeździe loteria będzie jeszcze większa - jako pierwszy w budce startowej pojawiać się będzie ten, kto 30. miejsce zajął... na ostatnim treningu! W takiej sytuacji jest więc wysoce prawdopodobne, że treningi zjazdów staną się mocno taktyczne - najlepsi będą starali się nie jechać zbyt szybko, aby zająć miejsce bliskie 30. gwarantujące start na dobrze przygotowanym stoku. Nie mogą jednak przesadzić z tym oszczędzaniem się na treningu - zajęcie na nim 31. miejsca odpowiada 31. numerowi startowemu. Odwrócona bowiem jest tylko kolejność pierwszej trzydziestki.

Łatwo sobie wyobrazić, że proponowane zmiany zostały z dużym entuzjazmem przyjęte przez interesujące się narciarstwem stacje telewizyjne, lecz z dużo mniejszym przez samych zainteresowanych, czyli zawodników. - To jest jakiś absurd, że najlepszy zawodnik na treningu będzie karany bardzo odległym numerem startowym - przyznała w rozmowie z "Gazetą" wicemistrzyni olimpijska w zjeździe Włoszka Isolde Kostner. Szef Austriackiej Federacji Narciarskiej Peter Schroecksnadel jest bardziej dosadny i nowe reguły nazywa "zupełnym idiotyzmem".

Jeszcze bardziej pokręcony slalom

Jeszcze twardszy orzech do zgryzienia mieć będą zawodnicy startujący w slalomie specjalnym. FIS nie zdecydował się jeszcze na definitywną zmianę zasad rozgrywania tej konkurencji, ale zamierza podczas grudniowych zawodów w Sestrieres przetestować jedno z branych pod uwagę rozwiązań. Tym razem FIS pomyślał nie tylko o telewizjach, ale także o widzach, którzy gromadzą się na stoku. Proponowany slalomowy show ma w zamyśle FIS trzymać w napięciu od samego początku do końca. I przede wszystkim będzie o wiele dłuższy! We włoskim kurorcie zawodnicy i zawodniczki będą w tym roku walczyć nie jak dotąd w dwóch przejazdach, ale w czterech! I to w dodatku jakich! Pierwszy będzie tradycyjny. Do drugiego, też zgodnie z dotychczasowymi zasadami, zakwalifikowanych zostanie 30 najlepszych w pierwszym przejeździe zawodników. Jednak wzorem m.in. skoczków narciarskich mierzyć będą się oni ze sobą w drugim zjeździe na zasadzie tzw. eliminacji bezpośredniej. Oznacza to, że jako pierwszy jechać będzie zawodnik, który w pierwszej turze zajął 30. miejsce, po czym zaraz po nim ten, który zajął miejsce pierwsze. Kolejną parę tworzyć będzie 29. i 2., po czym 28. i 3. itd. Za każdym razem najszybszy z danej pary zapewnia sobie automatycznie miejsce w trzecim etapie zawodów. Dodatkowo zakwalifikowanych do niego zostanie także trzech zawodników o najlepszych czasach spośród tej piętnastki, która przegrała swe pojedynki. Oznacza to, że na starcie trzeciego zjazdu stanie 18 narciarzy. I sytuacja się powtórzy - ten, kto wśród nich w drugim przejeździe był najwolniejszy, zmierzy się z najszybszym, po czym 17. z 2., 16. z 3. itd. Do czwartego, finałowego zjazdu trafi dziewięciu zwycięzców. Ta dziewiątka o miejsca na podium walczyć już będzie w tradycyjny sposób - zjadą jeden po drugim, zaczynając od dziewiątego, na pierwszym kończąc. Najszybszy w tym ostatnim zjeździe (nie ma kumulacji czasów z poprzednich przejazdów) wygrywa... Wydaje się to skomplikowane, ale zdaniem Gian Franco Kaspera będzie bardzo widowiskowe. Szef FIS ma nadzieję, że do takiego sposobu rozgrywania slalomu uda mu się przekonać zarówno sponsorów, jak i zawodników i że za rok rozgrywane tak będą wszystkie slalomowe zmagania. Także te na igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata.

Sponsorzy już zresztą chyba zaakceptowali proponowane reformy. Suma proponowanych w tym sezonie nagród za zwycięstwa w Pucharach Świata wyraźnie wzrosła i osiągnie blisko 5 mln euro. Podczas każdych zawodów najlepsi (czeki od organizatorów otrzymuje zawsze pierwsza dziesiątka) będą mieli do podziału minimum 66 tysięcy euro.

Faworyci ci sami

Kto te czeki w tym sezonie dostanie? Wśród samych zawodników panuje przekonanie, że mimo proponowanych przez FIS eksperymentów najpoważniejszymi konkurentami będą tej zimy Austriak Stephan Eberharter wśród mężczyzn i Chorwatka Janica Kostelić wśród kobiet.

32-letni "Steff", mistrz olimpijski w gigancie i zwycięzca ubiegłorocznej klasyfikacji generalnej PŚ, wcale nie ukrywa, że zamierza w tym roku triumfować we wszystkich konkurencjach poza slalomem specjalnym. - Interesują mnie zarówno kryształowe kule Pucharu Świata, jak i medale na mistrzostwach świata w Sankt Moritz - otwarcie przyznaje.

Czy ktoś może mu w tym przeszkodzić?

Na pewno nie Hermann Maier. Wielki mistrz miał wrócić w tym roku na stoki po pamiętnym wypadku motocyklowym w lecie 2001 roku. Niestety, pod koniec sierpniowych treningów w Portillo w Chile (na których był najszybszy z Austriaków!) ciężko upadł, doznając nowych, poważnych kontuzji. Lekarze twierdzą teraz, że najwcześniej na stoki powróci w marcu przyszłego roku. Czyli pod koniec sezonu. Pod jego nieobecność walkę z Eberharterem nawiązać mogą chyba tylko Norwegowie Lasse Kjus i Kjetil-Andre Aamodt, Szwajcar Didier Cuche i w gigancie Amerykanin Bode Miller oraz Francuz Frédéric Covilli.

U kobiet sytuacja we wszystkich dyscyplinach jest o wiele bardziej otwarta i emocji też pewnie będzie więcej - kandydatek do zwycięstw jest bowiem wiele. Jednak Chorwatka Janica Kostelić będzie bez wątpienia największym postrachem sezonu. Wystarczy tylko przypomnieć jej trzy złote i jeden srebrny medal zdobyte na ubiegłorocznych igrzyskach w Salt Lake City...