Sport.pl

Sportowcy w sejmie. Jana Tomaszewskiego nikt nie zatrzyma. Roman Kosecki wreszcie się odezwie?

Piłkarzy, siatkarzy, gimnastyków mamy w parlamencie więcej niż medali na ostatnich igrzyskach. Polskiego sportu raczej nie zbawią, ale można być prawie pewnym, że człowieka, który zatrzymał Anglię, w Sejmie nikt nie zatrzyma
"Jak zapłodnić krowę lodem? Położyć na lód i sama się wydupcy" - tak Jan Tomaszewski, filar Orłów Kazimierza Górskiego, tłumaczył w programie Tomasza Lisa problem korupcji w futbolu. Receptę na uzdrowienie PZPN miał prostszą: "Żeby burdel zaczął dobrze funkcjonować, nie maluje się ścian, tylko wymienia panienki". Damiena Perquisa, urodzonego nad Sekwaną piłkarza z polskimi korzeniami, który ma pomóc reprezentacji na przyszłorocznym Euro, nazwał "francuskim śmieciem". O tym, że ktoś myli odwagę z odważnikiem, powtarza nieustannie.

Legendarny bramkarz atakuje wszystko, ale już nie wszystkich. Jarosław Kaczyński stał się dla niego "Kazimierzem Górskim polskiej polityki". Może dlatego Tomaszewskiego, od poniedziałku posła na Sejm VIII kadencji, prezes PiS wziął pod swoje skrzydła. A na pewno dlatego, że w okręgu łódzkim był jednym z niewielu rozpoznawalnych kandydatów tej partii. Innych powodów nie było, zwłaszcza że Tomaszewski w stanie wojennym działał w PRON-ie, a jeszcze niedawno pukał do PO, czyli do PiS było mu tak daleko jak "spłuczce klozetowej do wodospadu Niagara" (to porównanie afery Rywina do aresztowań ludzi polskiej piłki).

Tomaszewski bez wrogów nie oddycha. Walczył z Dziuroludkami (działacze PZPN za kadencji Mariana Dziurowicza), Listkoludkami (Michała Listkiewicza) czy Tuskoludkami (wszyscy ludzie premiera). - Ja się na pewno nie zmienię - zadeklarował zaraz po podliczeniu głosów, co w praktyce oznacza, że nie tylko będzie hurtowo składał doniesienia do prokuratury, ale może wymachiwać szablą przed nosem samego prezesa Kaczyńskiego. "Pan Janek" znany jest bowiem z tego, że od środka roznosi nawet te struktury, którymi sam kieruje (np. komisja etyki przy PZPN).

Senatorsko-poselska drużyna Platformy Obywatelskiej to - jak mówią komentatorzy sportowi - "mieszanka rutyny z młodością". Pięcioboista-trener-działacz-urzędnik Zbigniew Pacelt, siatkarz Andrzej Szewiński, piłkarz Roman Kosecki, dziennikarz Andrzej Person czy Beata Bublewicz, córka zmarłego tragicznie rajdowca, głosu w parlamencie nie zabierali zbyt często, ale to dla nich kolejna kadencja. W większości zdobyli ponad 10 tys. głosów. Wyjątkiem jest kick-bokserka Iwona Guzowska, która dostała ponad 20 tys. głosów, dystansując Jolantę Szczypińską czy minister Katarzynę Hall. Mieszkańcy Trójmiasta docenili ją m.in. za programy resocjalizacji poprzez sport.

Pozostali to do niedawna bohaterowie kibiców, internautów czy widzów programów rozrywkowych. Choć nie byli na czele list, głosowało na nich po kilkadziesiąt tysięcy wyborców. W większości nie za program, ale za rozpoznawalność.

Leszek Blanik wyskakał przez gimnastycznego konia dwa olimpijskie medale, Małgorzata Niemczyk była siatkarskim "Złotkiem" w drużynie swojego ojca (nie dostał się do Sejmu z list SLD), snowboardzistkę Jagnę Marczułajtis-Walczak dopingowali fani "Tańca z gwiazdami" i miłośnicy rozkładówek w "CKM", siatkarz Paweł Papke był bożyszczem olsztyńskich kibiców, piłkarz Cezary Kucharski jest symbolem występów Legii Warszawa w Lidze Mistrzów.

Po co im polityka? Większość odpowiada: "Żeby pomóc sportowi". Jak? Nie precyzują. Są raczej kandydaturą na polityczne alter ego ministra sportu Adama Giersza - grzecznego, nieskorego do podnoszenia z zapaści polskiego sportu, za to bywalca otwierającego nowe stadiony i "orliki" oraz gospodarza śniadań ze wszelkiej maści medalistami.

Wśród nowych-starych parlamentarzystów trudno znaleźć zdolnych do zreformowania skostniałych struktur związków sportowych, gdzie państwowe pieniądze mieszają się z prywatnym biznesem, a sport pozostaje najmniej istotnym punktem. Zresztą polski sport nigdy nie miał szczęścia do ludzi, którzy poszli w politykę. Burzliwe kadencje ministrów Jacka Dębskiego, Tomasza Lipca czy Mirosława Drzewieckiego kończyły się skandalami.

Trudno wymienić projekty ustaw sportowców parlamentarzystów, ale jeszcze trudniej zapomnieć pijacki rajd po stołecznych torach tramwajowych posła Samoobrony Janusza Wójcika, umoczonego w korupcję byłego trenera kadry piłkarzy. Grzegorz Lato, jako senator SLD, głos zabierał tylko wtedy, gdy odpowiadał kolegom "dzień dobry". Najbardziej spektakularnym występem posła Koseckiego był ten na korytarzu hotelu sejmowego, kiedy głośno pukał po nocy do drzwi posłanki Sandry Lewandowskiej.

Franciszek Smuda » nie potrzebuje matury


Więcej o: