Sport.pl

Rozmowa z Andrzejem Grubbą na koniec kariery cz.2

02.01.1999. Polski tenisista stołowy wszech czasów Andrzej Grubba opowiada o swojej karierze
Cieszę się, że na sporcie świat mi się nie skończył. I zaczynam życie od nowa.

Jestem zadowolony, bo dokonałem wszystkiego, czego chciałem dokonać. Każdy sportowiec musi przegrywać i zawsze ma coś do wyrzucenia sobie. Ale nie mam żadnych kompleksów z powodu mojego dorobku sportowego, i to nie dlatego, że dzisiaj obowiązuje optymizm.

Zdobyłem 15 medali w mistrzostwach świata i Europy, byłem 34 razy mistrzem Polski. Mam się za człowieka sukcesu. Żal mogę mieć tylko do biologii, że tak jak każdy człowiek musiałem się zestarzeć. Z tym się jednak trzeba pogodzić - mówi Andrzej Grubba, który kilka tygodni temu zakończył karierę.

Stefan Tuszyński: Ping-pong to wielki stres, a od kilku lat także wielkie pieniądze. Czy radzenie sobie ze stresem to decydująca cecha tenisisty stołowego?

Andrzej Grubba: Na pewno. Jeśli nie potrafi poradzić sobie z nerwami, to nie może wygrać.

Czy korzystał Pan z pomocy psychologa?

- Sugerowano mi to, ale się nie poddałem. O ping-pongu sam najwięcej wiedziałem. Bardziej przydałby mi się psycholog życiowy niż sportowy. W Grenzau, gdzie jestem trenerem, mamy psychologa. Pierwsza drużyna może korzystać z jego usług dobrowolnie, rezerwowa ma taki obowiązek.

To jak Pan radził sobie ze stresem?

- Potrzebowałem grać w stresie, wywoływał u mnie ducha walki. Ale starałem się trochę odprężać, bo zbyt duży stres paraliżuje. Pomagały mi moje kroczki. Przy okazji miało to skutek psychologiczny, bo jak rywal widział, że sobie biegam, to myślał, że pewnie jestem dobry.

Z wiekiem stres nie odpuszcza. Chcesz jeszcze pokazać, że nie jesteś taki stary, jak ludzie myślą.

A stres związany z coraz większymi pieniędzmi?

- Za moich czasów grało się mnóstwo turniejów po tysiąc marek. Teraz czołówka gra, powiedzmy, 15 turniejów w roku po 100 tys. dolarów. Władimir Samsonow wygrał kiedyś w Japonii w jedno popołudnie 88 tys. dol.

Dla mnie każde zawody były jednak identycznym stresem. Czy się grało o tysiąc czy o 100 tys... no nie, o 100 tys. nigdy nie grałem. W każdym razie stres związany z pieniędzmi działał na mnie mobilizująco, nigdy nie paraliżował.

Co innego stawka turnieju. Nie radziłem sobie na igrzyskach. W Seulu, na pierwszej mojej olimpiadzie, byłem faworytem. Trzy miesiące wcześniej w cuglach wygrałem Puchar Świata. Grałem lepiej, niż może nawet umiem. Trzy miesiące później trudno było odbudować taki szczyt formy, ale ja wykonałem cholernie ciężką pracę. Wszystko szło dobrze. W grupie "rozstrzelałem" po 3:0 Primoraca, Rosskopfa i Miyazakiego. A co później zrobili organizatorzy? Wszystkich, którzy awansowali, wrzucono do worka i losowano. Trzeba mieć cholernie dużo szczęścia. A ja wówczas miałem cholernie dużo nieszczęścia.

Najbardziej nie chciałem grać z Joergenem Perssonem. Tymczasem od razu trafiałem na niego. Prysły sny o potędze. Wystarczył paraliż po losowaniu, w grze o ósemkę Persson wygrał 3:1. Zagrałem jak nowicjusz.

W 1992 r. w Barcelonie już miałem 34 lata i nie jechałem wygrać olimpiady. Można się było jeszcze targnąć na sukces, ale zacząłem od paranoicznej sytuacji w deblu - nie wykorzystanych dziesięć meczboli w meczu z Francuzami. Taka sytuacja jak tamta nie śniła mi się nawet po nocach. Była irracjonalna, jak tylko ping-pong potrafi być irracjonalny. I odpadliśmy, a potem szybko odpadłem też indywidualnie. Do Atlanty pojechałem, żeby wziąć udział w trzecich igrzyskach. Zabrałem ze sobą żonę i Tomka. Relatywnie szybko odpadłem i mieliśmy dużo czasu dla siebie.

Nie radziłem też sobie, gdy rywal "brał mnie na ambicję". W 1989 r. grałem z Waldnerem w Barcelonie o finał turnieju Masters sponsorowanego przez Stigę. Prowadziłem 19:17 i w tym momencie prawidłowo zagraną przeze mnie piłkę zakwestionował jego trener. "Waldek" odwrócił się plecami i nie chciał grać. Trwało to siedem minut. Szef Stigi błagał, żebyśmy grali dalej. Mecz transmitowało sześć stacji, na trybunie był szef MKOl Juan Antonio Samaranch i 3 tys. ludzi. Trzeba było kończyć tę zabawę. Ciśnienie było duże, zwycięzca dostawał o 17 tys. dol. więcej. Trener Szweda upierał się, że jestem winny Waldnerowi dwa punkty. Zagrałem więc dwie piłeczki w siatkę. Potem jeszcze miałem serw, ale nie potrafiłem się już pozbierać.

Jak się skończyła ta historia?

- Dostałem w Paryżu nagrodę fair play. Była to chyba jedyna nagroda fair play za głupotę. Wcześniej, bo już dwie minuty po meczu, Oest i wszyscy Szwedzi na zapisie wideo widzieli, że ja miałem rację. Ale impreza została spieprzona, finał wygwizdany. Samaranch po półfinale zaraz wyszedł, a za nim połowa sali. W finale grałbym wówczas z Lindtem, z którym w tamtych czasach nie potrafiłem przegrywać. Wszyscy mnie przeprosili zaraz po grze. Waldner powiedział, że zaprasza mnie na piwo - do dziś nie postawił. Cztery lata później w mistrzostwach Szwecji, gdzie już dziadkowałem co nieco, wygrałem po raz pierwszy z mistrzem świata Chińczykiem Chen Sin-Hua. Trener Waldnera postawił wtedy na mnie 100 dol. i wygrał 4,7 tys. Z tą kasą przyszedł do mnie po zawodach i chciał ją wręczyć. Powiedziałem: "Schowaj to. Ja cały czas czekam tylko na słowo przepraszam od ciebie". Czekam nadal.

Czy od lat 80. zarobki w ping-pongu bardzo wzrosły?

- Od 1995 r., dzięki sprawie Bosmana, a potem sprawie Grubby, dotyczących swobodnego zatrudniania obcokrajowców w krajach UE, w klubach Bundesligi najlepsi zaczęli zarabiać naprawdę wielkie pieniądze. Ale tylko najlepsi. W zdecydowanie najlepszej lidze świata, takim małym NBA ping-ponga, konkurencja zrobiła się nieziemska. Najlepsi zarabiają około miliona dolarów rocznie.

Czy to adekwatne zarobki do popularności dyscypliny?

- Ping-pong jest drugą pod względem popularności dyscypliną na świecie. Trochę nas w tym ratują Chińczycy, bo dwie trzecie ich narodu, czyli około 800 mln, gra w ping-ponga.

Jaką najwyższą nagrodę wygrał Pan w karierze?

- To był Puchar Świata w Hongkongu, nota bene w mieście, którym jestem zafascynowany i do którego na pewno zabiorę na wycieczkę rodzinę. W 1993 r. wygrałem tam 20 tys. dolarów.

Czy uważa Pan, że pieniądze są dobrą motywacją dla zaczynającej uprawiać sport młodzieży?

- To jest naturalna potrzeba człowieka. Każdy powinien wiedzieć, że za dobrą pracę dostanie dobre pieniądze. Gdy jednak ktoś zakłada, że będzie średniakiem i jakoś się dorobi, może się pomylić. Jeżeli zaś da z siebie wszystko i będzie miał w sobie tyle samozaparcia, że da całego siebie, to bardzo proszę.

Stresy w ping-pongu są często porównywane z emocjami hazardzisty.

- Znam wielu zawodników, którzy nie mogą żyć bez hazardu. Dopiero tam się wyładowują. Grają o pieniądze już na treningach. Ja sam wprowadzam coś takiego z grupami w Grenzau. Starsi zawodnicy mają zakaz gry o kawę capuccino, ale mogą grać o jej równowartość. Gdy widzą na stole choćby pięć marek, to efektywność gry natychmiast wzrasta. Uczą się żyć ze stresem.

Z jednej strony hazard to choroba tej dyscypliny, z drugiej jakiś szpan potrzebny samemu sobie. Udowadnianie sobie, że stać cię na to. Są oczywiście różne odmiany tej choroby. Ja po wygraniu mistrzostwa Niemiec poszedłem do kasyna i przegrałem więcej, niż wygrałem w całych tych mistrzostwach. Od tego czasu taka przypadłość mi się nie trafiła. Nie dlatego, że się spłukałem wtedy. Straciłem po prostu trochę pieniędzy. Ale stwierdziłem, że wygłupiłem się, a i bawiłem się średnio. To są określone emocje. Oceniłem, że dla mnie lepszym hazardem jest gra w ping-ponga. Mam wystarczającą dawkę wrażeń, i przy tym mogę tylko wygrać.

Czy istnieje sztuka wyprowadzania rywala z równowagi?

- Są specjaliści w tej dziedzinie. I robią to z pełną premedytacją. Do dziś pamiętam mecze z Surbekiem w 1984 r. W turnieju drużynowym ME wygrał ze mną, mimo że miałem przewagę. Po każdej piłce brał ręcznik i długo się wycierał. Gra trwała ponad 40 minut. Celowo wyprowadzał mnie z równowagi, a ja dreptałem, czekając, kiedy przyjdzie. W turnieju indywidualnym znów z nim grałem. Nastawiłem się, bez psychologa, że jak on znów będzie się wycierał, to ja jeszcze dłużej. I tak robiłem. Przy 1:0 dla mnie i 15:10 pękł.

Sam nigdy nie zaczynałem z nikim, ale zdarzało mi się odpłacać pięknym za nadobne. Bywało, że gdy miałem grać z kimś, kto zawsze starał się mnie zdenerwować, to już przed grą byłem naładowany. Taki jest na przykład Primorac. Kiedyś, na mistrzostwach Francji, wziął mój ręcznik i się nim wytarł. Udało mu się mnie wkurzyć. Tego seta wygrał łatwo. Ale tak mnie to zmobilizowało, że przez trzy następne sety nie istniał.

Czy zdarzyło się Panu stracić z emocji głowę do tego stopnia, że do dziś się Pan tego wstydzi?

- Bardzo złych rzeczy nie robiłem nigdy. Połamałem o stół parę rakietek w życiu. W 1985 r. wygrałem mistrzostwa Szwecji pożyczoną rakietką, bo swoją złamałem w drużynówce.

Wstydzę się, jak krzyknę na meczu na jakiegoś niesfornego kibica. Ale jest to zawsze ktoś, kto mi fizycznie przeszkadza. W Grenzau kibice wiedzą, że jak gram, musi być cisza, bo karcę albo wzrokiem, albo krzykiem.

Czy po porażce albo przed ważnym meczem otoczenie odczuwa, że jest Pan w stresie?

- Gdy zbliżały się zawody, żona zawsze mówiła, żeby mnie nie dotykać, bo mogę ugryźć. Tak jest nadal. Po meczach stres najlepiej odreagowuję, wracając do domu. Wystarczy, że popatrzę na śpiące dzieciaki, żonę, która pewnie nie zawsze była szczęśliwa, gdy wracałem w złym humorze. Sport od życia potrafiłem jakoś oddzielić. Porażka w ME w 1984 r. chodziła za mną jednak przez cztery lata.

Czy nie zaniedbał Pan rodziny przez sport?

- Były momenty, kiedy przeginałem. Wiedziałem, że dobrze gram, więc chciało mi się jeździć na zawody. Było tak, gdy już mieliśmy Tomka. Nie było mnie w domu przez półtora miesiąca. Dzwoniłem wprawdzie codziennie i wydawało mi się, że to załatwia sprawę. Po powrocie odbierałem syna z przedszkola. A on do mnie mówi - wujku. Stanęły mi łzy w oczach i postanowiłem odwołać swój udział w TOP 12, który miał się rozpocząć za kilka dni. Powiedziałem, że mam kontuzję kręgosłupa, ramienia czy czegoś tam. Tomka trochę przegrałem. Jego dzieciństwa nie pamiętam. Myślę, że rzutuje to trochę na związki z moim synem.

Osiem lat temu, gdy przyszedł na świat mój drugi syn Maciek, byłem już w domu. Widziałem, jak dorastał. Dlatego on jest bardziej rozpieszczony od Tomka, z czego zdaję sobie sprawę. Ale mam satysfakcję i wiem, że moje więzi z nim są trochę inne niż z Tomkiem. Obu ich traktuję równo, ale widać, że Tomek, który ma dziś 14 lat, i ja coś straciliśmy.

Z czego żyje Andrzej Grubba?

- Z trenerki i kontraktów reklamowych. To starcza na dobre życie. Z żoną przyzwyczailiśmy się, że pasa nie musimy zaciskać. Zainwestowałem też trochę pieniędzy w swoim czasie. Gram od 1985 r. na giełdzie. Udało mi się ominąć wszystkie krachy. Na początku lat 90. robiłem przymiarki do powrotu do Polski. Chciałem pograć jeszcze dwa lata w Niemczech i wrócić. Wziąłem udział w przetargu o "Wieczór Wybrzeża". Ale nadal tułam się po świecie. Dzisiaj świat jest inny od tego, który w swoim czasie mnie wyganiał z Polski. Decyduje po prostu lepsza oferta pracy. Pewnie nie umrę z głodu na obczyźnie. Ale jestem, byłem i będę Polakiem. To mnie czasami boli, bo bycie Polakiem w Niemczech nie jest łatwe.

Ma Pan czas na jakieś hobby?

- Moim hobby jest polityka. O polskiej polityce wiem dużo więcej niż wtedy, gdy tutaj mieszkałem. Przy okazji, wkurza mnie to, że polskie tygodniki, które prenumeruję, dochodzą do mnie z tygodniowym opóźnieniem. Dlaczego Węgrzy mogą mieć swoje gazety w Niemczech nazajutrz po ich wydaniu?

Czy widzi Pan swoją przyszłość w sporcie, biznesie czy może polityce?

- Mój dramat polega na tym, że mam zbyt wiele możliwości. Zasadniczy problem polega na tym, że nie chcę rozstawać się z rodziną. Z jednej strony to kula u nogi, ale chwała Bogu, że jesteśmy z grubsza normalną rodziną. To zasługa żony, która potrafiła upilnować domu i sama zrezygnowała ze swojej kariery piłkarki ręcznej.

Następną kwestią jest to, czy wrócimy do Polski. Ja bym to zrobił już dawno, gdybym miał jakieś konkretne oferty z kraju. Tymczasem takie dostaję tylko za granicą. Nigdy nie mogłem nawet zastanowić się nad przyjęciem lub odrzuceniem oferty z Polski, bo takiej nie było.

Podobno miał Pan być ministrem sportu?

- Ja też słyszałem takie plotki. Powstały zresztą po publikacji w "Gazecie". Pewnego razu chciałem zobaczyć, jak na żywo wygląda Sejm. Poszedłem tam z dziennikarzem Andrzejem Personem. Rozmawialiśmy z ludźmi z komisji kultury fizycznej i ktoś zrobił mi zdjęcie. Dwa czy trzy dni później w "Gazecie" pojawiła się informacja, że Grubbę widziano w Sejmie, więc pewno szuka się nowego ministra sportu. To było za rządów Mazowieckiego. To nie miało nic wspólnego z prawdą, ale plotka rozeszła się. Przedrukowano ją w "L'Equipe". To wydarzenie zrobiło mi większą reklamę niż wygranie Pucharu Świata.

Czy nie obawia się Pan o to, że gdy Pana zabraknie, tenis stołowy w Polsce wróci do świetlicy?

- Nie sądzę. Prezesa związek ma zdrowego. Jest utalentowana młodzież. Przez lata zrobiłem razem z Leszkiem Kucharskim czy Andrzejem Jakubowiczem dużo dla ping-ponga. Mam teraz prawo do swojego życia. Rozstaję się z dyscypliną i zaczynam życie od nowa.