Sport.pl

Andrzej Kulikowski opowiada o Siergieju Bubce

12.06.1995. Rozmowa z Andrzejem Kulikowskim, menedżerem Siergieja Bubki
Andrzej Kulikowski był siatkarzem AZS Poznań. W 1976 r. wyjechał do Szwecji na kontrakt sportowy. Po siedmiu latach zaczął pracować w firmie Nordic. Jako jej przedstawiciel poznał Sergieja Bubkę. Dziś jest menedżerem i przyjacielem tyczkarza wszech czasów

Stefan Tuszyński: Jak doszło do Pana spotkania z Sergiejem Bubką?

Andrzej Kulikowski: W 1983 r. trafiłem do firmy Nordic. Nie znałem środowiska lekkoatletycznego, a dostałem zlecenie sprzedaży sprzętu do tej dyscypliny. Miałem zająć się rynkiem w krajach socjalistycznych.

W połowie lat 80. Nordic postanowił robić tyczki. Przez wiele lat były one produkowane wyłącznie w USA. Z perspektywy czasu uważam, że był to przełomowy moment w moim życiu. Dostałem polecenie, żeby skontaktować się z najlepszymi tyczkarzami. Należeli do nich Polacy i oczywiście Sergiej Bubka.

Z dotarciem do naszych tyczkarzy nie miałem żadnych problemów. Trochę gorzej było z Bubką. Wiedziałem jednak dobrze, że w ZSRR trzeba trafiać przede wszystkim do działaczy. Znałem szefa radzieckiej lekkoatletyki Igora Ter-Owanesjana. Interesy załatwialiśmy grając kilka razy w tenisa. Z samym Bubką skontaktował mnie Marian Kolasa.

Dążyłem do nawiązania współpracy z Bubką, ale najpierw rozmawiałem głównie z jego trenerem Witalijem Pietrowem. Jeździłem do Doniecka, oglądałem treningi Sergieja. Zapraszaliśmy ich do Szwecji na zgrupowania, oglądali produkcję tyczek. Byłem zafascynowany pracą Bubki z trenerem Pietrowem. Uważam, że to największy trener skoku o tyczce. Filmował wszystkich najlepszych zawodników. Godzinami oglądał kinogramy, wybierał najważniejsze elementy i składał je w jedną całość. Każdego nowego fragmentu ruchu uczył Sergieja. Złożył tyczkarza idealnego.

Z Bubką zaczęliśmy się coraz częściej spotykać. Trochę to śmieszne, bo Sergiej nigdy nie przekonał się do tyczek Nordica, a właściwie o to powinno mi chodzić najbardziej. Dla niego zawsze były zbyt miękkie. On bardzo gnie tyczkę, długo na niej wisi, musi mieć tyczkę bardzo twardą. Technologia natomiast szła w firmie w złym kierunku. Zaczęto mieszać fiberglass z włóknem węglowym, na wzór amerykańskich pacerów. Amerykanom wychodziło to jednak lepiej. Bubka skakał na pacerach robionych przez rzemieślnika Steve'a Chapela. Potem, gdy Chapel przeszedł do firmy Spirit, Bubka zaczął używać wyrobów tej firmy. On przyzwyczaja się do ludzi i nie lubi zmian.

Kilka dni temu przedstawiciel firmy, która wyposaży w sprzęt zawody lekkoatletyczne na igrzyskach w Atlancie, zadzwonił do mnie i pytał, ile trzeba zapłacić Sergiejowi, żeby skakał w USA na ich tyczkach. Grzecznie odpowiedziałem, że na poziomie, jaki prezentuje Bubka, nie eksperymentuje się już z tyczkami. Poza tym on już nie musi skakać dla pieniędzy.

Jak to się stało, że zaczął Pan reprezentować interesy Bubki?

- Przyszła pieriestrojka, rozpadł się ZSRR. Bubka nagle został sam, był reprezentantem Ukrainy. Do tej pory opiekowało się nim państwo, nie miał faktycznej opieki menedżerskiej. Najlepiej znał mnie, więc spytał, czy chciałbym reprezentować jego interesy. To była bardzo poważna decyzja w moim życiu. Bubka byłby bowiem mile widziany w grupie każdego menedżera w świecie. Ja, decydując się na współpracę, z dnia na dzień wchodziłem do elity.

Bubka stał się z czasem bardzo ważnym człowiekiem w moim życiu. W branży, którą się zajmuję, stawiałem dzięki niemu pierwsze kroki. Dzięki niemu zrównałem się z dnia na dzień z największymi. Pomógł mi utrzymać się na tym poziomie.

W tej chwili jesteśmy prawie nierozłączni. Mamy obok siebie domy w Monte Carlo. Jeżeli ja nie mogę być na zawodach, na których startuje Sergiej, jedzie na nie moja żona.

Z czasem do Pana grupy dochodzili nowi zawodnicy, głównie z byłych krajów socjalistycznych.

- Znajomość języka i stosunków panujących w sporcie w krajach socjalistycznych pomogły mi zgromadzić w krótkim czasie grupę najlepszych lekkoatletów z Europy Wschodniej. Ten rynek jednak bardzo się kurczy. Kiedyś, pod opieką państwa, sportowcy mieli doskonałe warunki do treningów. Były systemy, szkoły sportowe, z których wychodziło mnóstwo utalentowanych zawodników. Gdy skończył się sponsoring państwa, okazało się, że z tym wszystkim można się pożegnać. Sport dziś jest dziedziną tak rozwiniętą, potrzebującą kolosalnych nakładów finansowych, wysiłku. Nie ma szans na wychowanie klasowego zawodnika bez sponsora.

Od niedawna zacząłem opiekować się też zawodnikami z Europy Zachodniej, Afryki, a nawet USA. Czołówka grupy to jednak nadal Wschód. Poza Bubką należą do niej m.in.: Stefka Kostadinowa, Igor Trandenkow, Wiktor Czistiakow, Iwajło Mładenow, Inessa Krawiec. Oczywiście w moim zespole jest też Artur Partyka.

Co jakiś czas mam oferty, żeby przyjąć kogoś nowego. Chciałaby być w mojej grupie Irina Priwałowa. Ja jednak szanuję jej menedżera. To w naszej branży sprawa honoru.

Czy mógłby Pan określić swoje miejsce w rankingu menedżerów?

- Działa w tej chwili około 200 menedżerów, w większości prawników. Zrzeszamy się w powołanej przez nas organizacji. Rankingu menedżerów oczywiście nie prowadzimy. Gdyby jednak był, myślę, że znalazłbym się w pierwszej dziesiątce. Kryterium jest fakt, że w każdym mityngu Grand Prix I kategorii startuje przynajmniej dziesięciu moich zawodników.

Jaki cel stoi przed waszą organizacją?

- Pilnujemy, żeby menedżerowie nie dopuszczali się oszustw. Kilku nieuczciwych, głównie z Afryki, ostatnio pożegnało się z pracą. Celem naszej organizacji jest też poprawa warunków startu oraz zapewnienie lepszych nagród na najważniejszych imprezach lekkoatletycznych.

Ostatnio nie reprezentuje Pan wyłącznie firmy Nordic, związał się Pan też z firmą Nike.

- W Nordicu jestem nadal konsultantem. Pomagałem niedawno wynegocjować kontrakt na sprzęt do Burundi. Wygraliśmy też przetarg na siatkę zabezpieczającą rzutnię na zawodach lekkoatletycznych, które będą rozegrane na igrzyskach w Atlancie.

Zostałem jednak przedstawicielem Nike'a, z którym związany jest też Sergiej Bubka. Postaram się, żeby Nike zaistniał w Polsce. Firma tworzy w Skandynawii nowe centrum dowodzenia na Europę Wschodnią. Bossowie bardzo liczą na Polskę. Chcemy tu działać z rozmachem. Zbudujemy popularne w świecie boiska, tzw. playgrounds, z nawierzchnią zrobioną ze zmielonych, starych butów sportowych. Na początek jednak planujemy zorganizowanie meczu tenisowego z udziałem dwóch amerykańskich graczy, z pierwszej piątki ATP. Nie chciałbym wymieniać nazwisk, żeby nie zawieść kibiców.

Dowiedziałem się niedawno, że córka mojego kolegi z siatkarskich czasów Magda Grzybowska jest bardzo dobrą tenisistką. Być może zajmę się też jej karierą.

Ostatnio zaczął Pan pomagać także organizatorom polskich mityngów lekkoatletycznych.

- Pomagałem zaprosić największe gwiazdy na lutowy mityng skoku wzwyż w Spale "Opoczno '95". Staram się też pomóc w zapewnieniu obsady na czerwcowy Memoriał Kusocińskiego. O tym, że memoriał będzie organizowany w tym roku z większym rozmachem niż dotychczas, dowiedziałem się jednak trochę za późno. Większość zawodników myśli o kalendarzu startów wcześniej niż pół roku przed zawodami. Z mojej grupy przyślę oczywiście najlepszych skoczków wzwyż: Partykę i Greka Lambrosa Papakostasa.

Próbowałem sprowadzić do Warszawy także Javiera Sotomayora. Najpierw problemy z jego przyjazdem robili Hiszpanie z klubu Larios, w którym startuje Kubańczyk, gdyż cztery dni po memoriale odbywają się ważne dla Hiszpanów zawody w Madrycie. Federacja Kuby nie miała nic przeciwko temu, żeby Sotomayor wystartował w Warszawie. Mam z tamtą federacją osobiste, bardzo dobre układy. Wyposażałem w sprzęt Nordica kilka dużych imprez na Kubie. Ostatecznie "Soto" nabawił się kontuzji i zrezygnował ze wszystkich startów aż do mistrzostw świata.

Czy zawody lekkoatletyczne na najwyższym poziomie mają w Warszawie rację bytu?

- Nie jestem do końca przekonany, że tegoroczny memoriał będzie wielką imprezą. Szkoda, że przy okazji zawodów nie udało się wyremontować stadionu Skry. Może odpowiedniejszym obiektem do memoriału byłby bardziej kameralny stadion. Najważniejsze jednak, że coś się dzieje. Aby memoriał był klasowym mityngiem, trzeba będzie poczekać do przyszłego roku - choć też będzie trudno zapewnić obsadę, bo to rok olimpijski - może dwa lata.

Siergiej Bubka nie chciałby wybrać się do Warszawy?

- Bubka powiedział, że już nigdy nie przyjedzie na memoriał. Po tym jak organizatorzy w roku 1986 nie wywiązali się ze zobowiązań w stosunku do niego, nie chce nawet słyszeć o starcie w Warszawie. Życie płynie jednak dalej. Jeżeli okaże się, że organizatorzy są godni zaufania, to i Sergiej da się zaprosić. Wszystko przecież da sie zmienić.