Sport.pl

Lechia Gdańsk - Lech Poznań 2:1. Niesłychane - Lech zagrał świetnie i przegrał po samobójczym golu!

Świetny mecz rozegrał z Lechią Gdańsk zespół Lecha Poznań - najlepszy od wielu tygodni. I traf chciał, że ten właśnie mecz przegrał po samobójczym golu Macieja Wilusza!
- Mamy dostatecznie dużą kadrę, by grać wieloma ustawieniami i taktykami - orzekł trener Lecha Nenad Bjelica, po czym na mecz z Lechią w Gdańsku zmienił ustawienie poznaniaków. Powrót duetu T-T na pozycji defensywnych pomocników (Łukasz Trałka - Abdul Aziz Tetteh) nie tyle była przejawem lęku Chorwata o obronę Kolejorza po ostatnim meczu, co pochodną gry Lechii Gdańsk. To nie był zespół grający z kontry jak ostatnio Pogoń Szczecin.

O obronę jednak lękać się należało. Tym razem wyjątkowo, bo przecież już w meczu z Pogonią nie wyglądało to dobrze, a tym razem na dodatek kontuzja pachwiny Paulusa Arajuuriego wyeliminowała Fina z gry tuż przed meczem. Do podstawowego składu wszedł nieprzewidziany w nim Maciej Wilusz i stworzył parę środkowych obrońców z Lasse Nielsenem. Nie wyglądało to zbyt pewnie.

A jednak jeśli ktoś popełnił poważne błędy w defensywie w Gdańsku, to był to nieoczekiwanie Tamas Kadar. Nawiasem mówiąc, gra formacji defensywnych obu ekip była zakalcem tego całkiem udanego meczu. Trudno powiedzieć, czy to już efekty krótkiej pracy Nenada Bjelicy, czy też samo tak wyszło w trakcie meczu, ale walki w Gdańsku nie brakowało. Można było odczuwać niedostatek piłkarskiego kunsztu, ale wobec nadmiaru walki kibice i tak zacierali ręce - oni lubią taką twardą grę.

Któż inny mógłby w niej brylować, jeśli nie Abdul Aziz Tetteh. Lider i kapitan Lechii Milos Krasić wielokrotnie biegał na skargi do sędziego, pokazywał gdzie faulował go Ghańczyk, stawał też twarzą w twarz z nim samy. Tetteh prowadził Lecha do walki o wykopanie Lechii z tego meczu. Taka gra nie wszystkim się podoba, ale miała kolosalne znaczenie dla właściwie zupełnego wyłączenia Serba z tego meczu oraz dla tego, jak Lech wyglądał w Gdańsku. A wyglądał naprawdę nieźle i walecznie.

Nenad Bjelica ustawił Kolejorza tak, że na skrzydłach miał szybkich skrzydłowych. Wydawać się mogło, że to Szymon Pawłowski z lewej strony będzie stwarzał większe zagrożenie niż Maciej Makuszewski na prawej. Było odwrotnie. Maciej Makuszewski był zawodnikiem szczególnie niebezpiecznym dla Lechii, swego byłego klubu. W 5. minucie dostał podanie (nieco spóźnione i za słabe) od Marcina Robaka. Dostał je na wolne pole, ale okazję zmarnował.

Za to w 35. minucie ci dwaj gracze przeprowadzili taką akcję, że z krzesła można było spaść. Bułgar Simeon Sławczew odpuścił sobie przeszkadzanie Maciejowi Makuszewskiemu i dzięki temu skandalicznemu zachowaniu obrońcy Lechii gracz Lecha mógł dośrodkować. Ach, cóż to było za dośrodkowanie i jakaż główka Marcina Robaka! Piłka załopotała w siatce jak łosoś w sieci. Brakowało tylko, by Marcin Robak stanął na środku boiska i zrobił dawny gest w stylu Andrzeja Szarmacha z cyklu "kto nie wierzył?". Ten gol był tego godzien, a zmagający się z permanentną nieskutecznością napastnik teraz miał - niesłychane! - cztery gole w pięciu ostatnich meczach Kolejorza.

Lech miał zatem prowadzenie, poukładaną grę, ochotę do walki i ... zanim zdążył sobie to wszystko uświadomić, padło wyrównanie! Teraz to defensywa Lecha prawie przysnęła w polu karnym, jakby nagle zapomniała o tym, że Lechia wykonuje rzut rożny. Ten nagły atak narkolepsji spowodował, że Marco Paixao z Lechii miał czas, by uderzyć z bliska, a gdy bramkarz Jasmin Burić odbił piłkę, jeszcze na dobitkę. Zrobił to wszystko nim lechici się połapali i nim Tamas Kadar się ruszył. Było 1:1.

Po przerwie mecz dotąd w miarę wyrównany zaczął już mocno przebiegać pod dyktando Lecha. Bardzo dobrze grającego Lecha, dodajmy, który do waleczności stopniowo dokładał też jakość. Marcin Robak stanął trzykrotnie przed szansą, by do swego już zaskakującego dorobku bramkowego ostatnich tygodni dołożyć kolejnego gola - dwie z tych okazji nadawały się do natychmiastowego złapania się za głowę i zawołania "jak to nie padło!?". Niewiele brakowało, a lechici bardzo często gościli w polu karnym Lechii. Ich akcje ofensywne były niekiedy bardzo soczyste, dochodzenie do dobrych okazji - zdumiewająco łatwe. Brylował Maciej Makuszewski, który w 69. minucie sam poprosił o zmianę - był po prostu wykończony. Trener Bjelica wolał jednak najpierw zmienić znacznie słabszego od niego w tym spotkaniu Szymona Pawłowskiego, choć i on tuż przed zmianą miał wspaniałą okazję bramkową.

Tak grający Lech bardzo się podobał wygłodzonym kibicom, którzy podobnej gry nie widzieli od dawna. Atakował, fizycznie wyglądał świetnie, prowadził grę. Wciąż jednak utrzymywał się remis, a Lechia potrafiła się odgryzać. I w 87. minucie zdarzyło się coś, co w takich sytuacjach się przytrafia - Maciej Wilusz zdobył gola samobójczego.

Doprawdy, trudno sobie wyobrazić, czy można być bardziej naznaczonym przez los zawodnikiem niż ten obrońca. To już kolejny przypadek, w którym przydarza mu się coś takiego.

Więcej o:
Skomentuj:
Lechia Gdańsk - Lech Poznań 2:1. Niesłychane - Lech zagrał świetnie i przegrał po samobójczym golu!
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX