Sport.pl

Urszula Radwańska: Nic się nie zmieniło. Ciągle marzę o tym, by zostać numerem 1 [WYWIAD]

- Nie zadowala mnie granie dla samego grania. Gdybym nie wierzyła, że wrócę do grona pięćdziesięciu najlepszych tenisistek świata, nie wyszłabym już na kort - podkreśla Urszula Radwańska, która w poniedziałek wróciła do gry po kontuzji.
Pod koniec lutego zerwała dwa więzadła w stawie skokowym i konieczna była operacja. W poniedziałek rozegrała pierwszy mecz po rehabilitacji. W pierwszej rundzie turnieju ITF na kortach trawiastych w Eastbourne (pula nagród 50 tys. dol.) przegrała z Ashleigh Barty 3:6, 0:6.

Rozmowa z Urszulą Radwańską

JAROSŁAW K. KOWAL: Do Paryża pani się nie wybierała?

URSZULA RADWAŃSKA: Żałuję, że mnie tam nie ma, ale najważniejsze, że wróciłam już na kort. Trenuję od ponad trzech tygodni, ale to ciągle mało. Jeszcze nie jestem w takiej formie, by na pierwszy turniej po kontuzji wybierać Roland Garros. To byłaby głupota.

Po operacji napisała pani: "Wrócę silniejsza". To tylko takie hasło czy naprawdę pani w to wierzy?

- Moment, kiedy się dowiedziałam, że znów będę musiała odpocząć od tenisa, był trudny [kontuzji doznała podczas turnieju w Acapulco pod koniec lutego - przyp. red.]. Co tu dużo mówić, byłam załamana. Już wracałam do formy, na korcie czułam się coraz lepiej, i co? I znowu niefart. Ale pomógł mi mój zespół: trener Radosław Nijaki, fizjoterapeuta Paweł Rzepecki i partner Piotr Gadomski. Jeszcze kiedy miałam nogę w gipsie, wspierali mnie i motywowali. Od początku wykonywaliśmy ćwiczenia, jakie tylko było można, by nie przeciążać nogi. Oni we mnie wierzą i... tak, wrócę silniejsza. Ale samej byłoby mi trudno.

Nie jest to pani pierwsza długa przerwa. Tych kontuzji trochę się uzbierało.

- Na pewno nie mam dość z tego powodu, choć łatwo zawsze nie było. Noga była unieruchomiona, w telewizji co chwilę pokazywali mecze, a ja siedziałam w domu i nic nie mogłam zrobić. Ale to już za mną, już niedługo pierwszy turniej. Nie oczekuję od razu spektakularnych wyników. Najważniejsze, żeby zdrowie było. A potem, odpukać, będę w stanie spokojnie wrócić do pierwszej pięćdziesiątki rankingu.

Znów będzie pani musiała zaczynać od turniejów niskiej rangi. Który już raz?

- Trzeci. Na szczęście wielu punktów w rankingu nie straciłam. A i tak nie chciałabym porywać się od razu na duże turnieje, bo to byłoby bez sensu.

Ominą panią m.in. igrzyska olimpijskie w Rio de Janeiro.

- Szkoda. Na początku roku, kiedy byłam w okolicy setnego miejsca, miałam plan, by do maja wejść do sześćdziesiątki i pojechać na igrzyska. W Londynie cztery lata temu atmosfera była świetna. Dla nas, tenisistów, to coś innego niż normalne turnieje, więc żałuję, że tym razem nic z tego nie będzie. Ale za cztery lata też są igrzyska.





Po powrocie na kort nie będzie blokady psychicznej?

- To może być największy problem. Rehabilitacja pozwoliła odbudować mięsień, do formy fizycznej pewnie też wrócę. Ale głowa to inna sprawa. Mam nawet na to dowód: po trzech tygodniach treningów na prawej nodze mam odciski, bo podświadomie robię wszystko, by nie przeciążać lewej. Potrzeba czasu, by wszystko wróciło do normy.

W ubiegłym roku przeszkadzała pani też alergia. Już wszystko w porządku?

- Można powiedzieć, że się wyleczyłam. Mam dietę i ciągle są rzeczy, których jeść nie mogę. Ale jest ich coraz mniej. Np. rok temu trudno było rozstać się z jogurtami, bo przez pewien czas nie mogłam jeść nabiału. Dziś już nie ma takich problemów.

I gdzie wybiegają pani marzenia?

- Cel to oczywiście dostanie się do pierwszej pięćdziesiątki rankingu. A poza tym nic się nie zmieniło. Potem jest dziesiątka, a następnie numer 1 na świecie. Oczywiście droga długa, zdrowie jest potrzebne, trochę szczęścia też. I może wiele osób nie wierzy, że ktoś z Polski mógłby być tak wysoko, ale moja siostra Agnieszka jest chyba najlepszym przykładem? Nie ukrywam zresztą, że jej sukcesy są dla mnie motywacją.

Widzę, że optymizm w pani nie zginął!

- Taki mam charakter. Jeśli wiem, że w czymś nie będę dobra, to się za to nie zabieram. Gdybym nie wierzyła, że wrócę do pierwszej pięćdziesiątki, to nie wyszłabym już na kort. Nie zadowala mnie jeżdżenie na małe turnieje i granie dla samego grania.

Więcej o: