Sport.pl

Maciej Sadlok wie, jak się walczy o utrzymanie. "To najtrudniejsze chwile"

W Wiśle ludzie nie są przyzwyczajeni do takich wyników. To odbijało się na atmosferze w zespole i nerwy były większe niż w Ruchu.
Damian Gołąb: Cztery miesiące czekania zakończone. Wreszcie udało wam się wygrać, w dodatku dwa razy. Odetchnęliście?

Maciej Sadlok: Robiło się niezbyt ciekawie. Cieszy to, że wygraliśmy dwa mecze z rzędu. Pamiętam, że jeszcze przed ostatnim kryzysem zarzucano nam, że nie potrafimy tego zrobić. Teraz się udało, strzeliliśmy dużo bramek. Po czymś takim automatycznie lepiej się pracuje. Po zespole widać, że na razie jest OK.

Wygrane sprawiły, że wciąż macie szanse na awans do pierwszej ósemki.

- Dopóki to możliwe, trzeba wierzyć. Przed nami jednak dwa niełatwe mecze. Musimy też pamiętać, że do tego jeszcze wyniki innych meczów muszą się odpowiednio poukładać.

Jeśli się nie uda, do końca sezonu czeka was walka o utrzymanie. Pan poznał jej smak w Ruchu Chorzów.

- Nie są to fajne chwile. To najtrudniejsze momenty w sezonie. Duży wpływ na grę zaczyna mieć psychika. Czasami postawa na boisku nie idzie wtedy w parze z umiejętnościami, bo człowiek myśli o konsekwencjach. Po podziale punktów wystarczą dwie porażki, by spadek stał się bardzo realny. Dlatego trzeba być czujnym i zrobić wszystko, by uniknąć dolnej ósemki. Jeśli jednak się w niej znajdziemy, to start musi być bardzo dobry.

W 2013 r. Ruch zajął dopiero 15. miejsce i utrzymał się tylko dlatego, że licencji nie dostała Polonia Warszawa.

- W szatni nie było większych problemów, bo podobne sytuacje zdarzały się tam wcześniej. Każdy w klubie to znał i wiedział, jak to wygląda. Na pewno w takich chwilach nic nie dają nerwy ani wzajemne wypominanie błędów. Takich rzeczy w ogóle nie było. Liczyło się to, by utrzymać się w lidze. Udało się naprawdę szczęśliwie.

Kiedy Wisła czekała na wygraną, atmosfera tutaj była podobna do tej w Ruchu?

- Nie było wielkiego dramatu, ale była zdecydowanie gorsza niż teraz. W Wiśle ludzie nie są przyzwyczajeni do takich wyników. To odbijało się na atmosferze. Były większe nerwy niż w Ruchu. Zawsze jest tak, że kiedy człowiek wcześniej nie zderzy się z czymś podobnym, pierwszy raz to mocne "bum".

Trener Dariusz Wdowczyk tak was odmienił?

- Zawsze zastanawiamy się nad tym, czy to możliwe, by coś zmienić w tak krótkim czasie. Ale chyba tak, bo widać, że coś się stało. Trener wpoił w nas dużo pewności siebie. Wprowadził do szatni trochę respektu, a tego też było nam trzeba. Wystarczyło parę rozmów. Jak widać, niewiele nam brakowało do dobrej gry. Treningami raczej się do niej nie zbliżaliśmy.

Z Jagiellonią strzelił pan pierwszego gola w tym sezonie, w dodatku prawą nogą.

- Wcześniej udało mi się na stadionie Cracovii, gdy jeszcze grałem w Ruchu. To była jednak wrzutka, miała niewiele wspólnego ze strzałem. Teraz udało mi się zrobić to, co sobie zaplanowałem.

Ćwiczy pan uderzenia z dystansu na treningach?

- Żadna z moich czterech bramek w ekstraklasie nie była technicznym strzałem, to były raczej siłowe uderzenia. Na tym bazuję, bo nie za często znajduję się w polu karnym. A kiedy już dostaję piłkę przed "szesnastką", trzeba użyć trochę siły, by stworzyć zagrożenie.

Bramki z Jagiellonią mogło nie być, bo zimą był pan blisko zmiany klubu. Wisła sprowadziła nawet na pana pozycję Rafała Pietrzaka.

- Nie ma co ukrywać, że były rozmowy. Chodziło o ofertę z polskiej ligi. Było zainteresowanie, ale do niczego nie doszło i nie ma już o czym gadać. To temat definitywnie zamknięty.

Więcej o: