Sport.pl

Górnik Zabrze. Leszek Ojrzyński: Trzeba być fighterem, a nie panienką [ROZMOWA]

- Kibice nie byli za mną, ale trener nie jest od tego, żeby podobać się kibicom, tylko żeby dbać o dobro zespołu. To natomiast wiąże się czasem z podejmowaniem niepopularnych decyzji. Również dlatego postrzegano mnie jako gorola, kogoś obcego - mówi Leszek Ojrzyński, były już trener Górnika Zabrze.

Stwórz własną drużynę i Wygraj Ligę!





Kamil Kwaśniewski: Wchodząc do budynku klubowego dzień po meczu z Lechem Poznań, miał pan świadomość, co pana czeka?

Leszek Ojrzyński: - W tym zawodzie na zwolnienie trzeba być gotowym właściwie zawsze. Ja mogłem spodziewać się go już po Wielkich Derbach Śląska. Zwłaszcza że stołek trenera Górnika to gorące krzesło. Ja Roberta Warzychę zastąpiłem już po czwartej kolejce sezonu...

Po porażce z Ruchem Chorzów dostał pan ultimatum?

- Nie. Rozmawialiśmy i oczywiście nikomu nie było do śmiechu, ale usłyszałem, że po prostu dalej robimy swoje. Klub zachował się wtedy naprawdę fajnie, czułem wsparcie.

Wiele razy powtórzył pan, że w tamtych derbach piłkarze nie wytrzymali presji związanej z nowym stadionem i kompletem ludzi na trybunach. Coś tu więc mocno nie gra, nowy stadion powinien być atutem...

- Mówiąc o presji, mam na myśli tylko to jedno spotkanie. Po prostu do wszystkiego trzeba się przyzwyczaić. Nie jest przecież tak, że ktoś po raz pierwszy wsiada do Ferrari i już potrafi nim jeździć. A tamtym derbom towarzyszyły ogromne oczekiwania, w Zabrzu nie mówiło się o niczym innym. Dlatego Ruch grał na większym luzie.

Później między panem a Radosławem Sobolewskim miało dojść do ostrej wymiany zdań.

- Powiem tak: wykonywałem swoją pracę. Dyskutowaliśmy o tej porażce. Na kolejny mecz, ze Śląskiem Wrocław, Sobolewski nie pojechał, bo mieliśmy inny plan na grę. W spotkaniu z Lechem miał już jednak być w pierwszym składzie, tyle że złapał kontuzję. Choć nie ma co rozpamiętywać, bo w Górniku już mnie nie ma. A szkoda. Uważam, że zostałem trochę skrzywdzony, bo można było pozwolić mi popracować dłużej. Do końca sezonu pozostało jeszcze sporo meczów, a tak naprawdę o wszystkim zdecyduje kilka ostatnich kolejek. Ja natomiast pokazałem już, że wiem, jak radzić sobie w końcówce sezonu. Zdaję sobie sprawę, że nasza sytuacja nie była dobra, ale wszystko można było jeszcze ogarnąć. Adam Nawałka w pewnym momencie swojej pracy w Górniku również był bliski zwolnienia, ale wtedy wytrzymano ciśnienie. Opłaciło się. Drużyna zaczęła wygrywać, a sam Nawałka niedługo potem został selekcjonerem. Bo porażki naprawdę wzmacniają. Trzeba tylko odpowiednio do nich podejść. W Polsce tymczasem najczęściej jest tak, że trener zbiera baty już po jednym czy dwóch meczach.

Ówczesny zarząd Górnika był zdecydowany na pożegnanie z Nawałką. Ten został tylko dlatego, że weto postawiła Małgorzata Mańka-Szulik, prezydent Zabrza.

- Myślę, że największe znaczenie miała jednak pozycja w tabeli. Gdyby zespół był ostatni, do zmiany trenera na pewno by doszło. W moim przypadku ludzie rządzący klubem spojrzeli na tabelę i tego ciśnienia nie wytrzymali. Zareagowali tak, bo dla nich ta sytuacja była czymś nowym. Ja przejmowałem już zespoły będące w trudnym położeniu, więc patrzę na to inaczej. Wiem, że wtedy trzeba być fighterem, a nie panienką, która tylko szuka wokół siebie problemów.

Pan miał w zespole fighterów?

- Różnie bywało. Trudno mieć w szatni wyłącznie uczciwych i pracowitych chłopaków. Jestem jednak pewien, że tę grupę ludzi stać na utrzymanie w lidze, a - jeśli to pierwsze się uda - na grę w przyszłym sezonie o czołowe miejsca. Górnik może być takim drugim Leicester City. W zeszłym sezonie wszyscy skazywali ten zespół na spadek, a dzisiaj to on patrzy na resztę z góry.

Kibice Górnika takich perspektyw przed drużyną nie widzieli. Domagali się pańskiego zwolnienia.

- To prawda, nie byli za mną. Ale trener nie jest od tego, żeby podobać się kibicom, tylko żeby dbać o dobro zespołu. To natomiast wiąże się czasem z podejmowaniem niepopularnych decyzji. Również dlatego postrzegano mnie jako gorola, kogoś obcego.

Kibice mają panu za złe chociażby transfery Macieja Korzyma czy Michała Janoty. Ci - musi pan to przyznać - swoją postawą na boisku się nie bronią...

- Kiedy przyszedłem do klubu, wielu zawodników było kontuzjowanych. Trzeba było szybko decydować, co z tym zrobić. Wspólnie z zarządem uznaliśmy, że potrzebujemy kilku transferów.

Tak, przyznaję, że po Maćku i Michale spodziewałem się więcej. Liczyłem, że będą wiedli prym w zespole. Pamiętajmy jednak, że mieli po drodze problemy ze zdrowiem, a Michał również osobiste. Poza tym kto powiedział, że w końcówce sezonu nie będą najlepszymi piłkarzami drużyny, że w każdym meczu nie będą zdobywać po dwa gole? Oceńmy ich po sezonie. Wiem, że kibice mają do Michała pretensje o to, jak zachował się przy bramce na 0:2 w meczu z Ruchem. I ja również te pretensje miałem. Ale jeśli on podejdzie do tego w odpowiedni sposób, to wyciągnie wnioski i będzie mocniejszy.



Więcej o: