Sport.pl

MKS Będzin - AZS Częstochowa 3:1. Porażka, która naprawdę boli

Po przegranej w Będzinie AZS Częstochowa znalazł się na ostatnim miejscu w PlusLidze. - Rozczarowanie? To delikatnie powiedziane, jesteśmy źli na siebie, bo wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę w wagi tego meczu - komentował porażkę drugi trener akademików Mateusz Mielnik.
Dla obu zespołów było to bardzo ważne spotkanie, będzinianie ogrywając częstochowian za trzy punkty opuszczali ostatnie miejsce w tabeli. Siatkarze AZS Częstochowa po kilku porażkach z rzędu bardzo chcieli wreszcie wygrać, by udowodnić sobie i kibicom, że ich pozycja w tabeli to w dużej części wynik kontuzji, które prześladowały ich przez cały sezon. Częstochowianie choć wreszcie w komplecie, zdrowi i w pełni sił, to jednak zawiedli.

Zaczęło się nie najlepiej, już po kilku pierwszych minutach trener Michał Bąkiewicz poprosił o czas - będzinianie zdobyli trzy punkty z rzędu objęli prowadzenie 5:2 i szkoleniowiec AZS-u postanowił interweniować. Krótka rozmowa przyniosła efekty, częstochowianie po skutecznych atakach Felipe Bandero i Rafała Szymury odrobili straty i wyszli na prowadzenie 10:8. Po asie serwisowym Michała Szalachy wygrywali 11:8. Akademicy 2-3-punktowe prowadzenie utrzymywali do stanu 17:15. Wtedy dwa autowe ataki Bandero sprawiły, że gospodarze doprowadzili do remisu. Dla Brazylijczyka nie był to zresztą udany mecz, 21-procentowa skuteczności w ataku mówi sama za siebie.

- Cóż Bandero popełniał dużo błędów, atakował w blok i było widać, że nic dzisiaj z tego nie będzie - mówi drugi trener AZS Mateusz Mielnik. - Trzeba było ratować co się da i w kolejnych setach grał Bartek Lipiński.

Po dwóch punktowych blokach Wieczesława Batchkali i asie Macieja Pawlińskiego (21:20 dla MKS-u) Bąkiewicz drugi raz poprosił o czas, ale tym razem bez efektu. Kolejne dwa ataki w aut (Buniak i Szymura) przesądziły o losach seta.

W drugie partii MKS prowadził od początku. Częstochowianie długo nie byli w stanie wyjść na prowadzenie, na tablicy wyniku najpierw pojawiały się remisowe 17:17, 18:18, 21:21 i wreszcie po ataku Bartosza Buniaka pierwsze prowadzenie w secie 22:21. Trener MKS-u nie czekał, poprosił o czas, ale po chwili zaatakował Lipiński i AZS prowadził 23:21. Trzy skuteczne zbicia wyprowadziły ich jednak na prowadzenie 24:23, Matej Patak co prawa doprowadził do wyrównania, ale chwilę potem posłał piłkę w aut, podobnie nieskuteczny był w ostatniej akcji seta Lipiński.

Nad AZS-em realnie zawisła już groźba porażki bez zdobyczy punkowej, trzeba było wygrać przynajmniej dwa sety.

- Niestety z każdym zdobytym punktem przez MKS nasza pewność siebie malała. Graliśmy za nerwowo, za szybko chcieliśmy kończyć akcje w kontrataku i to się odbiło na wyniku - mówi Mielnik.

Trzeci set rozpoczął się podobnie jak poprzednie - gra była wyrównana, ale częściej prowadzili gospodarze. Wreszcie po połowie partii częstochowianie postawili trzy punktowe bloki (Szymura, Patak) i odskoczyli na cztery punkty. Po chwili przewaga urosła do stanu 21:14 i mimo trzech błędów własnych w końcówce seta pewnie wygrali 25:21.

W ostatnim secie znów o wszystkim zdecydowała końcówka. Do stanu 22:21 można jeszcze było mieć nadzieję, że to częstochowianie będą górą, ale kolejne błędy własne przesądziły o porażce.

- Rozczarowanie? To delikatnie powiedziane, jesteśmy źli na siebie, bo wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę w wagi tego meczu - mówi Mielnik. - Za dużo błędów, za dużo nerwów, niestety konsekwencje są przykre.

MKS Będzin 3 (25, 26, 21, 25)

AZS Częstochowa 1 (22, 24, 25, 21)

MKS Będzin: Sanders 2, Peszko 14, Gaca 13, Kamiński, Pawliński 7, Batchkala 9, Kaczmarek (libero) oraz Stysiał (libero), Warda 1, Piotrowski 14, Laane 1, Oczko, Schamlewski, Kamiński 7

AZS Częstochowa: Redwitz 2, Szalacha 9, Buniak 11, Szymura 12, Bandero 5, Patak 15, Stańczak (libero) oraz Lipiński 9, Kowalski, Polański

Więcej o: