Sport.pl

Cracovia. Co siedzi w głowie Pawła Jaroszyńskiego

Przed sezonem chciał odejść, był regularnie pomijany przez trenera, a dziś są tacy, którzy widzą go w... reprezentacji Polski. - To dla mnie test na pokorę - przyznaje Paweł Jaroszyński, lewy obrońca Cracovii
Facebook? » | A może Twitter? »


Kiedy z nim rozmawiamy, waży słowa, by przypadkiem nie wyjść na nieskromnego. Mówiąc o sobie, unika hasła "kariera", bo na razie to tylko "przygoda z piłką". Raz wyrwało mu się, że jest "piłkarzem", więc szybko się poprawił: "o, przepraszam, ja jestem tylko zawodnikiem". Tłumaczy: - Niektórzy robili wielkie kariery, a potem nie wiedzieli, co zrobić z własnym życiem. Dla mnie to szokujące. Biorę przykład z taty, który też grał w piłkę. I chyba rozsądnie podchodzę do życia.

Początki w Cracovii były trudne, bo Jaroszyński sam nie był pewny swego. Do szatni pierwszej drużyny wszedł z podkulonym ogonem i minęło dużo czasu, zanim okrzepł. By uczcić debiut w ekstraklasie, przyniósł kolegom pieczone babeczki. Z tygodnia na tydzień było coraz łatwiej, ale dopiero dziś może powiedzieć, że się wybił. - Z początku bardzo się stresował, sprawiał nawet wrażenie przestraszonego. Mocno było trzeba pracować nad jego psychiką - mówi osoba, która była wówczas blisko szatni (poprosiła o anonimowość).

Gwiazdorzenia nie będzie

Jak sam twierdzi, miał dużo szczęścia. Do trenerów, którzy byli mądrzejsi od niego. Zaczynał jako napastnik, ale potem był konsekwentnie przesuwany do tyłu. Jeszcze w juniorach Górnika Łęczna został przeniesiony na skrzydło. I regularnie zbierał cięgi od trenera Sławomira Pogonowskiego.

- Pamiętam, że dość mocno dostawałem wtedy po uszach. Tak mnie ganił, że do domu wracałem zdenerwowany - wspomina. Zanim odszedł do Cracovii, trener wziął go na rozmowę. I powiedział: "robiłem to tylko po to, by ci pokazać, że stać cię na więcej".

Kilka lat temu Stanisław Owca, trener rezerw Cracovii, zapowiedział Jaroszyńskiemu, że przenosi go ze skrzydła do obrony. Młody piłkarz podobno z początku nie chciał się zgodzić, ciągnęło go do przodu, ale ostatecznie na tym zyskał. - Może gdyby nie tamta decyzja, nikt by o mnie nie usłyszał? - zastanawia się.

Przed sezonem Jaroszyński widział, że nie ma mocnej pozycji w drużynie, więc w klubie oznajmił, że chce odejść na wypożyczenie. Ale trener Jacek Zieliński wybił mu z głowy ten pomysł. Wyszło na dobre, bo dziś Jaroszyński jest podstawowym piłkarzem trzeciej drużyny ekstraklasy.

Ostatnio po uszach dostaje coraz rzadziej. Raczej słucha pochwał. Andrzej Iwan, były piłkarz i komentator, stwierdził nawet, że Jaroszyński niedługo powinien stać się kandydatem do gry w reprezentacji Polski. - Dziś po jego grze widać, że nieśmiałość mija. Ona zresztą wynikała ze skromności. Jest duże prawdopodobieństwo, że Paweł nie zacznie gwiazdorzyć, nie ruszy na balety, nie poprzestawia mu się w głowie - mówi anonimowo nasz rozmówca.

Mecze sprzed telewizora

Mimo to jeszcze dwa miesiące temu mógł czuć, że w Cracovii nie ma dla niego miejsca. Kiedy była taka potrzeba, trener Zieliński wolał przesunąć stopera na lewą obronę, niż postawić na Jaroszyńskiego. Dlatego z początku młody obrońca grał tylko w trzecioligowych rezerwach, a mecze pierwszej drużyny oglądał z trybun lub sprzed telewizora.

A wcześniej, kiedy już grał, miał duże problemy, by dotrwać do ostatniej minuty. - Miałem jakąś blokadę, łapały mnie skurcze. Może to kwestia przygotowania, a może to siedziało w głowie? Poza tym sam jestem sobie winny, że nie grałem, bo lepsze mecze ciągle przeplatałem słabszymi. Dużo od psychiki zależało. W końcu złapałem trochę luzu i jakoś poszło - tłumaczy.

Lepsze czasy zaczęły się od... zbiegu okoliczności. W meczu Pucharu Polski z GKS-em Katowice miał nie zagrać, ale Hubert Wołąkiewicz na rozgrzewce doznał kontuzji. Jaroszyński zdjął dres, awaryjnie wbiegł na boisko, a po meczu Zieliński chwalił go na konferencji prasowej. - Nie ukrywam, podbudowało mnie to - uśmiecha się Jaroszyński.

Potem przyszło powołanie do młodzieżowej reprezentacji Polski i jego kariera (przepraszamy - "przygoda"!) nagle zaczęła nabierać rozpędu. - Głupie zagrania ciągle się zdarzają, ale ostatnio było dużo pozytywnego szumu wokół mnie. I to w pewnym sensie test na pokorę. Są zawodnicy, którzy zrobiliby z tego wielką rzecz. Ale ja wolałbym, żeby wszystko ucichło - kończy.

Więcej o: