Sport.pl

Urban dla Sport.pl: Mamy pełne prawo myśleć o europejskich pucharach

- Potrzebujemy serii, jaką mieliśmy teraz, żeby liczyć się w walce o tytuł - mówi trener Lecha Jan Urban. Po sześciu wygranych mistrz Polski dźwignął się z dna na szóste miejsce w lidze
Rozmowa z Janem Urbanem, trenerem Lecha Poznań

PIOTR LEŚNIOWSKI: Objął pan mistrza Polski, który zajmował ostatnie miejsce w tabeli. Jak pan wspomina pierwszy dzień w szatni?

JAN URBAN: Drużyna była podłamana, przejęta sytuacją. Piłkarze przeżywali porażki. Z drugiej strony była niepewność o to, kto teraz wchodzi do szatni i czego mogą się spodziewać. Ja znałem tylko Szymka Pawłowskiego, z którym współpracowaliśmy w Zagłębiu Lubin. Ale po obu stronach była wielka chęć zmiany sytuacji.

Miał pan gotowy pomysł na wyciągnięcie Lecha z zapaści?

- Gdy dostałem ofertę, oczywiście przygotowałem plan naprawczy. Przychodziłem do klubu z pomysłem na to, co zrobić, żeby było lepiej. Droga, którą wybraliśmy, okazała się słuszna. Nawet zaskakująco szybko wyszliśmy z kryzysu, który trwał przecież dosyć długo. Rozmawiałem z drużyną, z każdym z zawodników z osobna po to, żeby dobrze ich poznać. No i po przyjściu nowego trenera zmienia się spojrzenie na zespół, treningi i przygotowanie drużyny.

Już na pierwszym treningu widziałem poprawę, ale potem przyszedł mecz w Poznaniu z Ruchem, z którym tylko zremisowaliśmy 2:2. To był cios. Musiałem spojrzeć nieco inaczej na drużynę. Zbyt łatwo straciliśmy dwie bramki. Żeby na czymś jednak opierać optymizm, podkreślałem, że byliśmy w stanie wyciągnąć remis w meczu, w którym przegrywaliśmy już 0:2.

Na samym początku powiedziałem drużynie, że będę stosował rotację w składzie. Że oczekuję od nich tego, żeby w meczach i na treningach walczyli o swoją szansę. Ten przekaz został przyjęty bez większego entuzjazmu, jakby piłkarze chcieli powiedzieć: przyjmujemy to do wiadomości, ale zobaczymy, czy będzie robił to, co mówi. Szybko się o tym przekonali.

Czy wygrana we Florencji w Lidze Europy była przełomem?

- Tamto zwycięstwo było nam bardzo potrzebne. Parę dni później wygraliśmy też w prestiżowym dla Lecha i dla Poznania meczu z Legią, i to w Warszawie. Właściwie od tego momentu poczułem, że pewne problemy są już za nami i że piłkarze dają radę.

Zmieniliśmy sposób gry. Lech tracił wcześniej bardzo dużo bramek, więc musieliśmy postawić na defensywę. Z drugiej strony wiedziałem, że mamy w ofensywie kilku jakościowych graczy.

Potem już wszystko potoczyło się gładko?

- No nie, nic samo się nie dzieje. Graliśmy dużo spotkań w krótkim czasie. Musieliśmy ustalić, kto ile gra, z kim lepiej prezentuje się na boisku, ile ma żółtych kartek itd. To było wielkie wyzwanie. Pomogło mi doświadczenie z Legii. Też graliśmy w rundzie 35 czy 37 spotkań [w tym sezonie Lech rozegrał ich 38] i udało nam się odpowiednio rozkładać obciążenia piłkarzy.

Zgodzi się pan z tezą, że Lech za trenera Macieja Skorży grał lepiej, niż wskazywałyby wyniki, a po pana przyjściu punktował lepiej, niż spisywał się na boisku?

- Zawsze w grze drużyny potrzebna jest równowaga. Jeżeli brakuje jej między ofensywą i defensywą, jeżeli zespół gra widowiskowo, ale przegrywa, to ja powiem, że wolałbym nie mieć do czynienia z taką sytuacją. Wolę, żeby moja drużyna grała defensywnie, nawet momentami brzydko, i broniła się, ale wygrywała. Wtedy jest OK. Oczywiście chciałbym, żeby Lech grał pięknie, widowiskowo i zwyciężał, ale od czegoś musieliśmy zacząć. Podstawowym celem było to, abyśmy przestali tracić bramki.

Nazywał pan to grą na wynik.

- Tak, bo nie można zapominać, że po drodze wyniknęły problemy, które wpłynęły na styl gry. Sądziłem, że będziemy mieli więcej do powiedzenia w ofensywie. Dość szybko okazało się jednak, że do końca roku wypadł nam kontuzjowany Marcin Robak, a przecież jest to zawodnik uznany w lidze, miał dać nam bramki. Zdecydowanie więcej spodziewałem się po Denisie Thomalli. Niestety, nie mogę być zadowolony z tego, co pokazał. Też miał zdobywać bramki, po to był sprowadzany.

Thomalla w austriackich mediach stwierdził, że jest gotów wrócić do Austrii. Że w Polsce zrobiono z niego kozła ofiarnego.

- Nie wiem, jak potoczą się jego losy. Trzeba usiąść i porozmawiać z nim, żeby dowiedzieć się, jak wyobraża sobie współpracę. Natomiast jeśli faktycznie czuje się tu kozłem ofiarnym, to ja się z tym nie zgadzam. Odkąd tu jestem, traktowałem Denisa jako pełnoprawnego członka pierwszego zespołu, nigdy nie wywierałem na niego dodatkowej presji i uważam, że dostał ode mnie bardzo dużo szans. Ponadto nigdy nie krytykowałem go za niewykorzystane sytuacje. Ale Denis jest przecież zawodowcem, który musi pokazywać, co potrafi. Inna sprawa, że miał też swoje problemy z zaadaptowaniem się w nowym otoczeniu.

Pan akurat szybko złapał kontakt z drużyną.

- Akurat wy, dziennikarze, możecie lepiej ocenić, co się zmieniło. My nie jeździmy na treningi prowadzone przez naszych kolegów trenerów i nie podpatrujemy, co tam się dzieje. Jakieś tam opinie się słyszy, ale to nie to samo. Ja mam swoje sposoby, by pociągnąć za sobą grupę ludzi, przekonać ich, żeby uwierzyli w sens tego, co robimy. To, że byłem piłkarzem, bardzo mi pomaga. Wiem, jak czuje się piłkarz przemęczony albo taki, który długo czeka na swoją szansę. Chociaż nie, to mniej, bo ja akurat prawie zawsze byłem podstawowym zawodnikiem (uśmiech ). Wiem, jak podnieść kogoś po słabszym spotkaniu.

Tak, to fakt, że udzielam rad zawodnikom. Przez całą karierę byłem pomocnikiem albo napastnikiem, ale w Valladolid zagrałem też cztery mecze na stoperze, i to w lidze hiszpańskiej. Piłkarz widzi, że wiem, o czym mówię. Żaden delikwent nie wciśnie mi kitu i nie powie, że powinno być tak czy inaczej. Nie przejdzie.

Czuje pan, że wykonał w Lechu kawał dobrej roboty? Zespół zdobywa grubo ponad dwa punkty na mecz.

- Na dzień dobry powiedziałem zawodnikom, że trzeba zdobywać średnio dwa punkty w meczu, aby wskoczyć do pierwszej ósemki. A my mamy nawet przewagę nad ósmym miejscem. To osiągnięcie trzeba docenić, bo poza Legią nikt nie grał tylu meczów co my.

Od 10 lipca w pięć miesięcy Lech zagrał 38 oficjalnych spotkań...

- Tylko jesienią rozegraliśmy tyle meczów co drużyna w lidze hiszpańskiej przez cały sezon. To nie jest normalne. Gdy graliśmy z Belenenses Lizbona, to trener Ricardo Sa Pinto narzekał na przemęczenie sezonem u piłkarzy. A oni mieli wtedy rozegrane bodaj dziesięć meczów mniej od nas! To zmęczenie naprawdę odbija się na jakości gry, i nie tylko Lech miał z tym problem. My i Legia gramy w pierwszym półroczu sezonu najwięcej w Europie. W końcówce rundy zaczynały się pojawiać kontuzje zawodników wynikające właśnie z nakładającego się zmęczenia.

Po kilku meczach gry na wynik Lech zaczął błyszczeć w ataku. Czy np. zespół z meczu przeciwko Wiśle to próbka tego, co chce pan pokazać kibicom po przerwie zimowej?

- Tak, to było coś, do czego będziemy dążyli. Kibice będą chcieli przychodzić na stadion, jeśli zobaczą na nim Lecha grającego fajną piłkę. Wiem, do jakiego klubu przyszedłem. Z grą Lecha są związane wielkie oczekiwania i będziemy chcieli im sprostać.

Będzie trudniej bez Kaspra Hamalainena?

- To supergość i mówię o nim zarówno jako o zawodniku, jak i osobie prywatnej. Żal mi straty takiego gracza, choć jeszcze tli się jakaś nadzieja, że może do nas wróci, jeśli nie uda mu się znaleźć klubu, z którym podpisze ostatni, wysoki kontrakt w karierze. Nasze drzwi są dla Kaspra otwarte i on o tym wie. A co do straty? Nie ma ludzi niezastąpionych i Lech sobie bez Kaspra poradzi.

Poza nim mogą odejść Karol Linetty, Marcin Kamiński. Czy dostanie pan napastnika?

- O transferach porozmawiamy w styczniu. Mam nadzieję, że wszelkie straty kadrowe, które poniesiemy, uda nam się nadrobić. Wiemy, kogo nam potrzeba i jakie pozycje trzeba wzmocnić. Pieniądze? A kto wydaje dziś w Polsce dużo pieniędzy na piłkarzy? Odpowie pan, że Legia. Tak, ona może sobie pozwolić na piłkarza za pół miliona czy milion euro, ale to też nie jest gwarancja dobrego transferu. Pewniacy kosztują od pięciu milionów euro wzwyż...

A o co będzie walczył Lech wiosną? Piłkarze znów zaczęli przebąkiwać o obronie tytułu, ale w ostatni weekend przegrali z Piastem i strata do niego to już 17 punktów.

- Zwycięstwo w Gliwicach pozwoliłoby nam się włączyć do rywalizacji o mistrzostwo. Teraz będziemy potrzebowali takiej serii, jaką mieliśmy, żeby maksymalnie skrócić dystans do lidera przed podziałem punktów.

W Gliwicach Lech przegrał pierwszy raz pod pana wodzą.

- Mieliśmy po meczu kolację, na której oczywiście było trochę smutno. Jak to po porażce, która na dodatek przerwała nam świetną passę. Pogratulowałem jednak drużynie kończącego się roku. Przypomniałem chłopakom, że w tym czasie Lech zdobył mistrzostwo Polski i Superpuchar Polski, grał w finale Pucharu Polski i awansował do Ligi Europy, a na dodatek wyszedł z kryzysu. Mamy pełne prawo myśleć o tym, żeby znów zagrać w europejskich pucharach. Życzyłem im, żeby przeżywali jak najwięcej takich lat, zaczynając od 2016 roku.





Więcej o: