Sport.pl

Ekstraklasa. Piłkarze z kibolami wtargnęli na stadion?

Policja wyjaśnia, czy Maciej Korzym i Michał Janota z Górnika Zabrze oraz Wojciech Trochim z GKS Katowice wtargnęli z grupą kiboli Korony na mecz z Piastem w Gliwicach. Jeśli tak, to jako pierwszym piłkarzom w Polsce grożą im zakazy stadionowe.
W sobotę na Śląsk przyjechało z Kielc około 180 szalikowców zgłoszonych wcześniej na oficjalnej liście wyjazdowej. Na stadion Piasta wchodzili z imiennymi biletami i dokumentami tożsamości. Każdego rejestrował monitoring. W pewnym momencie szalikowcy, którzy już weszli na stadion, otworzyli od środka bramę ewakuacyjną. Ich koledzy naparli na nią, zerwali zabezpieczenia i wbiegli na stadion.

Dzięki monitoringowi policja ustaliła, że legalnie na stadion weszło niewiele ponad stu szalikowców Korony, reszta złamała przepisy o imprezach masowych. W takiej sytuacji komenda ma obowiązek ustalić nazwiska winnych. Aby nie wywoływać zamieszek w sektorze zajmowanym przez sympatyków Korony, policja zaczęła działać po meczu.

Wylegitymowano wszystkie osoby opuszczające sektor gości i porównano ich nazwiska z listą tych, których zarejestrował system na bramkach. Wśród wylegitymowanych było trzech znanych piłkarzy: napastnik Maciej Korzym, pomocnik Michał Janota (obaj z Górnika, obaj byli kiedyś zawodnikami Korony) oraz Trochim z GKS. Policja jest pewna, że nie weszli przez kołowrotki, bo nie zostali zarejestrowani w systemie bezpieczeństwa, ich nazwiska nie widniały też na zgłoszonej przez szalikowców Korony oficjalnej liście wyjazdowej.

- Ustalamy, czy piłkarze wtargnęli na stadion z grupą kiboli, która wyłamała bramkę ewakuacyjną, czy też zostali wpuszczeni w sposób nieuprawniony przez pracowników gliwickiego klubu - mówi nadkomisarz Marek Słomski, rzecznik prasowy komendy miejskiej w Gliwicach.

Postępowanie w tej sprawie prowadzą oficerowie tropiący przestępczość stadionową. Zabezpieczyli już monitoring z trybun i bramek wejściowych. Jeśli potwierdzą, że zawodnicy wtargnęli na obiekt razem z kibolami, będą chcieli objąć ich zakazem stadionowym. To oznacza, że zawodnicy nie będą mogli się pojawić na żadnym stadionie w Polsce. W tej sytuacji pod znakiem zapytania stanie ich kariera piłkarska. To pierwszy taki przypadek w Polsce.

- Pojechałem na mecz, by spotkać się ze znajomymi. Byłem tam zupełnie oficjalnie, ludzie robili sobie ze mną zdjęcia. Wszystko było zupełnie normalnie, nie róbmy afery - powiedział nam w środę Korzym. - Nic na ten temat nie wiedziałem, dlatego trudno mi się do sprawy odnieść - stwierdził Marek Pałus, prezes Górnika.

Kierownictwo GKS-u Katowice nie chce komentować sprawy. - Trzymamy się zasady domniemania niewinności i czekamy na wyjaśnienie przez policję okoliczności zdarzenia - powiedziano nam w klubie.

Komentarza odmówił też Trochim. - Jeszcze na to za wcześnie - stwierdził. I zgodził się na podanie pełnego nazwiska oraz ujawnienie wizerunku. Podobne zgody wydali pozostali piłkarze. - Bo nie zrobiliśmy nic złego - podkreślił Janota.

To kolejna policyjna historia z udziałem piłkarzy zabrzańskiego klubu. W 2012 r. głośno było o Łukaszu S., bramkarzu Górnika Zabrze, oraz pomocniku tej drużyny Michale S. Katowicka prokuratura oskarżyła ich o pobicie klientów pubu Lorneta z Meduzą. Według śledczych bawiący się tam zawodnicy nad ranem zaatakowali trzech młodych mężczyzn. Jednemu z nich rozbili na głowie kufel, rzucali w nich butelkami i ich bili. Uciekając, rozbili jeszcze monitor komputera i uszkodzili szybę. Piłkarze nie odpowiedzą za zniszczenie mienia, bo właściciel Lornety z Meduzą nie złożył takiego wniosku. Sprawę z zawodnikami załatwił polubownie. Po ujawnieniu sprawy przez "Wyborczą" klub nałożył na piłkarzy kary finansowe, zostali oni także odsunięci od gry w jednym meczu. Świadkiem w tej sprawie był ich kolega z drużyny Aleksander Kwiek, który też był w pubie, ale - jak ustalono - nie tylko nie brał udziału w incydencie, lecz w dodatku próbował ich powstrzymać. Sąd warunkowo umorzył sprawę.



Więcej o: