Sport.pl

BBTS Bielsko-Biała. Piotr Pluszyński: Z "Kompanią braci" na podbój PlusLigi [WYWIAD]

- Zawodnicy i menedżerowie nie żyją na księżycu i wiedzą, co możemy im zaoferować. Nie przepłacamy, bo to prosta droga do problemów - mówi o budowie drużyny na nowy sezon PlusLigi Piotr Pluszyński, prezes BBTS Bielsko-Biała. 
Przed siatkarzami BBTS-u Bielsko-Biała trzeci sezon po powrocie do PlusLigi. Dwa poprzednie były do jak najszybszego zapomnienia, teraz jednak bielszczanie przystępują do rozgrywek pod hasłem "Kompania braci". Czy trenerzy Krzysztof i Andrzej Stelmachowie rzeczywiście poprowadzą zespół na zwycięską wojnę?

Start rozgrywek już 30 października. Bielszczanie zaczynają meczem u siebie z Lotosem Treflem Gdańsk.

Wojciech Todur: Jakie oczekiwania przed startem nowego sezonu PlusLigi?

Piotr Pluszyński: - Żeby było lepiej... Chociaż tak naprawdę myślę, że gorzej przecież być już nie może. W pierwszym sezonie po powrocie do PlusLigi byliśmy najsłabsi. W ostatnim sezonie zajęliśmy przedostatnią pozycję... Takie wyniki są dla nas rozczarowujące i nie do przyjęcia. Zawsze zakładamy, że chcemy więcej, ale życie brutalnie weryfikuje nasze plany. Może te dwa minione sezony to był ten czas na zapłatę frycowego? Mocno w to wierzę.

Trudno mówić o frycowym w sytuacji, gdy rok w rok na boisko wybiegał nowy zespół. Teraz również wiele zmieniło się w kadrze. Znowu będziecie uczyć się PlusLigi?

- Rok temu też nie zakładaliśmy nauki. Długo wydawało się, że dobór zawodników, ich praca, wyniki meczów, że to wszystko zmierza w dobrą stronę. Szukaliśmy zwycięskiej mieszanki i z boku wyglądało, że jesteśmy blisko. Przed sezonem zespół wygrywał kolejne sparingi i turnieje. Czuliśmy się mocni. Potem, już w trakcie sezonu, też nie wyglądało to źle. Łyżka dziegciu wpadła do naszego miodu - nie mówię, że przedniego, ale smak był - po meczu z Będzinem. Porażka nas zatrzymała i zmieniła. Prawda jest taka, że rozegraliśmy wiele dobrych spotkań, w których traciliśmy punkty po pięciosetowych meczach. Właśnie tych punktów zabrakło nam potem, żeby awansować do pierwszej dziesiątki, a może nawet i ósemki. Nasz cel to były miejsca 5.-12. i spokojnie mogliśmy taki wynik osiągnąć. Niestety, końcówka sezonu była słaba, a porażka do zera na własnym parkiecie z Będzinem kompromitująca. Dobrze, że na koniec wygraliśmy złotego seta z AZS-em Częstochowa i nie zajęliśmy w lidze ostatniego miejsca, bo wtedy wstyd byłby już wielki. Wracając do pytania, to uczymy się przez całe życie, ale doświadczenia mamy jednak więcej. Chcemy na tym bazować i odbić się od dna.

Mimo fatalnego wyniku w minionych rozgrywkach chciał pan, żeby pracę w klubie kontynuował trener Piotr Gruszka.

- Podobało mi się jego zaangażowanie i pomysły. Z czasem okazało się jednak, że porozumienie nie jest możliwe. Piotrek miał inne plany, niekoniecznie związane z siatkówką. Nam zabrakło argumentów, żeby go przekonać do przedłużenia kontraktu. Zapewniam, że rozstaliśmy się w zgodzie.

Skąd pomysł, że teraz postawić na duet braci Krzysztofa i Andrzeja Stelmachów?

- Uznaliśmy, że dość już eksperymentów i czasu na naukę. Proszę spojrzeć w przeszłość. W naszym klubie nie brakowało szkoleniowców, którzy właśnie w BBTS-ie uczyli się fachu. To u nas zaczynali Wiesiek Popik, Przemysław Michalczyk, Grzesiek Wagner czy ostatnio Piotrek Gruszka. Postanowiliśmy więc, że tym razem sięgniemy po trenera z doświadczeniem, a takim jest przecież Krzysztof Stelmach.

Który po raz pierwszy będzie blisko współpracował z bratem.

- No z bratem. A kto się lepiej zrozumie niż bracia? Zresztą i w tej materii mamy doświadczenie, bo przecież od dwóch lat za wyniki BBTS-u w Młodej PlusLidze też odpowiadają bracia Paweł i Wojciech Gradowscy. I to się sprawdza, bo chłopcy się rozwijają i grają coraz ciekawszą siatkówkę. Liczę, że w dorosłej PlusLidze również to wypali.

Kadra, którą dysponuje dziś BBTS, to autorski projekt Krzysztofa Stelmacha?

- Różnie z tym było...Trener miał swoją wizję. My też mieliśmy swoje pomysły. Dobór zawodników był efektem wielu rozmów i konsultacji, a na koniec decyzje zapadały wspólnie. Oczywiście nie wszystkie plany udało nam się zrealizować. Trafialiśmy też na zawodników i menedżerów z muchami w nosie. Rozmowy się przedłużały. Mnożyły się oczekiwania. Wiele kontraktów padło w chwili, gdy niemal wszystko było dograne. Zawodnicy, nie będę mówił o nazwiskach, już byli z nami na dobre i na złe, ale chcieli w gronie rodzinnym, przy niedzielnym obiedzie, jeszcze raz przeanalizować warunki kontraktu. No i co się działo po takim obiedzie? Odmawiali, a my dowiadywaliśmy się potem, że byli już wtedy w innym klubie. Dziwne to zachowanie, ale i na takie trzeba się przygotować.

Na papierze skład macie przyzwoity.

- To mieszanka rutyny i młodości. Tak chciał trener, a nam też się wydaje, że ten układ może się sprawdzić. Dan Lewis, Bartosz Janeczek, Marcin Wika, Grzegorz Pilarz, Bartłomiej Neroj, Sergij Kapelus, Kamil Kwasowski... Nie brakuje nam graczy, którzy w PlusLidze rozegrali już niejeden sezon.

Tyle że Neroj jest kontuzjowany.

- To nasze największe zmartwienie na starcie sezonu. Neroj złamał rękę [w trakcie przejażdżki na rowerze - przyp. red.] tuż przed rozpoczęciem przygotowań do sezonu. Straciliśmy zawodnika, wokół którego miał być zbudowany zespół. Na szczęście ze zdrowiem Bartka jest coraz lepiej. Od kilku tygodni uczestniczy już w treningach. Na razie pojawia się na boisku w drugiej linii. Wiadomo, po złamaniu ręki lepiej jej specjalnie nie forsować. Ważne jest również to, aby wzmocnił się psychicznie i nie miał obaw, że znowu coś mu się przytrafi. Generalnie wszystko zmierza w dobrą stronę. Liczę, że pod koniec listopada nasz rozgrywający będzie już gotowy do gry. Na razie będzie zastępował go Grzegorz Pilarz - doświadczony rozgrywający, który też z powodzeniem wywiązuje się z zadań, jakie przed nim postawiono.

Zespół, który udało się zbudować, jest droższy od tego z minionych sezonów?

- Myślę, że obracamy pieniędzmi na podobnym poziomie, co w minionych latach. Część zawodników jest droższa, innych zakontraktowaliśmy za mniejsze pieniądze. W konsekwencji udało nam się zachować finansową stabilizację. BBTS nie może się równać z najbogatszymi w PlusLidze. Zawodnicy i menedżerowie też nie żyją na księżycu i wiedzą, co możemy im zaoferować. Sięgaliśmy więc po graczy, na których nas stać. Nie przepłacamy, bo to prosta droga do problemów.

Ta długa przerwa bez ligi utrudnia panu pracę?

- I to bardzo. To się czuje nawet w rozmowach ze sponsorami. "Siatkówka? Przecież wy teraz nie gracie? Porozmawiamy, jak zacznie się sezon" - słyszałem to nieraz. Tymczasem klub żyje nie tylko, gdy zespół walczy o ligowe punkty. Ten martwy sezon wszystkim utrudnia pracę. Jest za długi, a przez to męczący. Gdy zaczynają się przygotowania do rozgrywek, mecze sparingowe, wyjazdy na turnieje, to jest już łatwiej. Nie ma jednak co narzekać, bo w takiej sytuacji są przecież wszyscy. Każdy musi przez to przejść. Dzięki tej długiej przerwie liga smakuje potem lepiej.

Więcej o: