Sport.pl

Żużlowcy chorzy ze strachu nie walczą. Bez walki nie ma żużla. Ale skutki walki są okropne [KOMENTARZ]

Dzisiaj nie ma tematu ważniejszego niż dramat Darcy'ego Warda, najbardziej obiecującego zawodnika na świecie, który już nigdy nie wsiądzie na żużlowy motocykl. Możemy, a nawet musimy życzyć mu powodzenia w walce o powrót do pełnej sprawności, ale to niestety koniec jego kariery i kropka.
Obrzydliwe życzenia, wykrzykiwane przez część zielonogórskich kibiców, kiedy Darcy leżał na torze, choć bardziej pasuje tu określenie "kibicowskiej hołoty", życzące mu końca kariery, spełniły się. Darcy Ward dla Falubazu więcej nie pojedzie.

Jestem przekonany, że ta kontuzja wywoła lawinę zdarzeń, które zmienią żużel i będzie miała dla tego sportu ogromne, bardzo prawdopodobne, że negatywne skutki. Bo Ward nie był w tym roku jedynym żużlowcem, który odniósł ciężką kontuzję. Był jednym z wielu, którzy na torze ryzykowali swoje życie i zdrowie w każdym meczu, ale też widzieliśmy całą armię ludzi, którzy na torze nie powinni się już pojawiać, a się pojawiali, siejąc popłoch i grozę oraz armię tych, którzy jeszcze jeżdżą, choć bardzo się tego boją, stanowiąc zagrożenia dla siebie i innych.

Tak więc symbolem tegorocznego sezonu będzie z jednej strony tragedia Darcy'ego Warda, a z drugiej strony gwałtowny i niespodziewany atak najspokojniejszego żużlowca na świecie - Grega Hancocka na znanego torowego zabijakę Nickiego Pedersena. Atak Hancocka oznacza, że coś się stało, coś pękło nawet w psychice znanego twardziela i jednocześnie jeźdźca fair play.

Popatrzmy na krajowe podwórko. W Falubazie ciężką kontuzję odniósł Jarosław Hampel, a lżejsze, choć wcale niebagatelne - Piotr Protasiewicz i Grzegorz Walasek. Ten drugi po kontuzji nie jest tym samym zawodnikiem. W zielonogórskiej ekipie jest jeszcze jeden zawodnik, przed laty niezwykły walczak, który nikogo się nie bał - Andreas Jonsson. Dzisiaj to człek bojaźliwy, który powinien pomyśleć o zakończeniu kariery, bo albo sobie, albo komuś innemu zrobi krzywdę. Oto obraz najskuteczniejszego zespołu ostatnich lat w polskiej ekstralidze (dopingowe wpadki Łoktajewa i Dudka pomijam).

Nie lepiej jest w innych zespołach. Oto KS Toruń - zespół Karola Ząbika i Adriana Miedzińskiego. Obaj po ciężkich kontuzjach powinni sobie dać spokój z żużlem, ale obaj - Ząbik z mniejszym, Miedziński z lepszym skutkiem - kontynuują kariery, mam wrażenie, że wbrew zdrowemu rozsądkowi i opiniom lekarzy. Zawodnikiem toruńskim jest też Chris Holder, który po poważniej kontuzji nie jest na torze sobą. Teraz, po tragedii przyjaciela, może się już na zawsze zniechęcić do żużla.

W Gorzowie też nie jest dużo lepiej. Wynik trzymał w tym roku junior Bartek Zmarzlik. Reszta, może poza Nielsem Iversenem i Matejem Zagarem, praktycznie woziła się przez cały sezon, bardziej dbając o swoje kości niż o wynik. Didżej Krzysztof Kasprzak był bojaźliwy do przesady. Nie ma szans, aby się odbudował, bo strachu pozbyć się nie można. Rozstanie? Tak będzie lepiej i dla niego, i dla klubu.

Bardziej drastyczne postawy niż Krzysztofa Kasprzaka można było zobaczyć w Grudziądzu, czyli spadkowiczu z ligi. Do ratowania wyniku zaangażowano tam byłego mistrza świata Tomasza Golloba i niegdyś znakomitego startowca Rafała Okoniewskiego. Okoniewski nigdy na torze nie walczył, ale Gollob owszem, bo był to jego znak firmowy. Dzisiaj na jazdę obu zawodników poza własnym torem w Grudziądzu można było patrzeć z politowaniem. Obaj ze strachu mieli oczy jak spodki i obaj zamykali gaz w obawie przed kontaktem z byle juniorem. Oglądając wyjazdowe wyczyny Golloba, było mi po prostu wstyd. Nie ma żadnych szans, aby znalazł się w przyszłym roku naiwny ekstraligowiec, który weźmie go do składu.

Do tej listy można dodawać niemal bez końca kolejne nazwiska obciążone poważnymi kontuzjami lub ich skutkami - chorobliwą bojaźliwością. Wygląda to wszystko fatalnie, bo sypie się cały sport żużlowy. Nie ma żużla bez walki na torze, ale skutki tej walki są okropne i nie do zaakceptowania w świecie sportu. Można oczywiście twierdzić, że sporty motocyklowe i samochodowe mają ciężkie skutki niejako zakodowane w ryzyku ich uprawiania, ale to nieprawda. Wszystko bowiem rozbija się o skalę zjawiska. Kierowców wyścigowych są na świecie dziesiątki tysięcy. Ścigających się na motocyklach wyścigowych również, a poważne wypadki są pojedyncze. Zaś żużlowców na całym świecie jest ledwie kilkuset, a poważnych kontuzji co roku niestety kilkadziesiąt. Proporcje są wymowne i stawiają pod znakiem zapytania dalsze funkcjonowanie tego sportu takim, jakim go widzimy dzisiaj.

Więcej o:
Skomentuj:
Żużlowcy chorzy ze strachu nie walczą. Bez walki nie ma żużla. Ale skutki walki są okropne [KOMENTARZ]
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX