Sport.pl

Polonia na sprzedaż. Permanentny żużlowy kryzys

W sprzedaży Polonii jej cena jest bez znaczenia. Gra toczy się tylko o to, ile milionów miasto wypłaci nowemu właścicielowi. Bo bez miejskiej kasy żaden bydgoski klub nie ma szans na przetrwanie.
Pierwsze spotkanie z zespołem siatkarzy, od lat uznawanych za prowadzony wzorcowo przez spółkę Łuczniczka. Jej szef, Piotr Sieńko przedstawia klub nowym zawodnikom. Na ekranie projektora widać tylko pustą, białą kartkę, gdy czas na slajd z nazwą drużyny i sponsora tytularnego. Siatkarze rozpoczną bez niego dziesiąty, jubileuszowy sezon w PlusLidze.

Pewnie zagrają pod nazwą BKS Bydgoszcz. Dla klubu to przynajmniej pół miliona złotych w kasie mniej. Fakt, że tej sportowej spółce z Bydgoszczy nie udało się zdobyć sponsora tytularnego, świadczy najsilniej o kłopotach klubów w naszym mieście z pozyskiwaniem darczyńców. Bez milionowych dotacji z ratuszowej kasy nie miałyby szans na przetrwanie.

Żużlowa Polonia jest najmocniej ze wszystkich uzależniona od miasta - z jak najgorszym zresztą skutkiem dla siebie i ratusza. W tym roku budżet zespołu w I lidze jest szacowany na poziomie 2,4 mln. Aż 2 mln, czyli 80 proc. finansuje miasto. Krępuje to zarówno klub, jak i samorząd.

Jedno jest więc wyjście, z którego ratusz chce skorzystać - sprzedaż Polonii. Trwa druga w tym roku procedura. Zgłosiło się czterech chętnych. Wśród nich Bydgoskie Towarzystwo Żużlowe i Władysław Gollob.

Chciałoby się rzec, że tylko czterech, bo przy pierwszej próbie można było kupić I-ligową drużynę za 1229 zł. Chętnych powinno więc być co najmniej 1229, po jednym za każdą z tych złotówek. Jest inaczej, bo przy tej transakcji cena jest bez znaczenia. Gra toczy się tylko o dwie rzeczy: ile milionów miasto wypłaci w kolejnych latach ewentualnemu nowemu właścicielowi i kto oraz na jakich warunkach ma spłacić niemal 4 mln długu.

Pierwsza próba sprzedaży się nie udała, choć ratusz gwarantował 8,5 mln zł do 2019 roku, ale wypłatę uzależniał od spłaty zadłużenia. Rachunek jest prosty - za trochę więcej niż milion nie da się prowadzić zespołu na poziomie I ligi.

Miasto jest przy drugim podejściu w trudnej sytuacji. Jeśli nie sprzeda Polonii, spocznie na nim odium groźby likwidacji spółki - taki wniosek leży przecież w sądzie. Dlatego do przyjęcia jest wzięcie na siebie części zadłużenia np. kredytu na 2,4 mln zł, który ma Polonia - gwarantował go zresztą ratusz. Inny wariant: podwyższenie dotacji byłby nie do przyjęcia wobec innych klubów, znajdujących się wyżej w sportowej hierarchii w kraju.

Pozostaje także kwestia ustalenia winnego finansowego krachu w Polonii. Kilka dni temu kibicowskie grupy: Stowarzyszenie Pomagamy Polonii i Stowarzyszenie Biało-Czerwone Pokolenie napisały list do prezydenta Rafała Bruskiego: "To politycy zadecydowali o kształcie Polonijnego sportu i to politycy chcieli decydować o wszystkim co się dzieje na Sportowej 2. Nieudane nominacje na prezesów, konkursy noszące znamiona parodii, nieskuteczny nadzór właścicielski, poprowadziły speedway w spiralę zadłużenia".

Ponad dekadę temu jeden prezydent postanowił nie spłacić klubowych rachunków pozostałych z kadencji poprzednika - to zdecydowało o losie BKS Polonia. A współcześnie do krachu dołożyła się parada prezesów, którzy o żużlu pojęcia nie mieli, a jedynym ratunkiem było zawsze pójście po prośbie do ratusza. Przykład z czasów Bruskiego i Sebastiana Chmary, kiedy szefem - został na tydzień prezes spółdzielni metalowców z Tucholi - jest najbardziej rażący. Jest jednak i druga strona medalu.

Gdybyż winni byli tylko bydgoscy politycy, zadłużenie w żużlu byłoby naszą wyłączną specjalnością. Niestety to stan permanentny w większości klubów żużlowych, które "wydają" więcej pieniędzy, niż mają w kasie. W tym roku zniknął z mapy speedwaya Włókniarz Częstochowa.

Oddanie żużla w prywatne ręce ma w Bydgoszczy zakończyć taki proceder. Oby tak się stało, bo to jedyna szansa Polonii na przetrwanie.

Jesteś kibicem z Bydgoszczy? Dyskutuj i dołącz do nas na Facebooku Sport.pl Bydgoszcz

Więcej o: