Tato vs Tatuś, czyli na tykającej siedząc bombie

Bartosz Raj
12.05.2017 13:20
A A A
Raj

Raj (Bartosz Raj)

"Siedzenie na tykającej bombie" - tak powiedział lekarz o Hani. "Mamy problem z hydrauliką" - dodał. Przez trzy tygodnie udało się jej być w domu i zawzięcie o wszystko kłócić z siostrą. Bomba jeszcze nie wybuchła, ale znów tyka. W szpitalu.

Czy jest lepiej? Było. Choć z drugiej strony lepiej od czego? Od kiedy? Hanię bolało mniej niż w styczniu, lutym i marcu. Ale bolało i nadal boli. Choć był moment, chwila, że nie bolało wcale. Mieliśmy podejrzenie, że nie skorygowane od roku (! - były inne tematy, pilniejsze) pręty, te co stabilizują jej kręgosłup, dają ten ból. Ale inny lekarz uznał, że nie czas na operacje, że to nie to boli. Gdy to piszę Hania jest po kolejnym rezonansie. I już wiem, że znów coś się dzieje złego.

Ból w szpitalu się nasilił.

Może z powodu leżenia, może emocji. Choć skąd ja mam to wiedzieć? Raz bolą Hanię plecy na dole z boku, raz na górze, z boku lub na środku, ale pojawił się też ból w głowie, z tyłu i to mnie martwi. Pytałem ją wiele razy, może nawet za często, czy to ból jak "ból jam", które są przecież największym teraz naszym zmartwieniem, bo zagrażają sprawności rąk. Hania odpowiadała, że nie, że inny, że nie jak jamy w kręgosłupie, po czym zaczęła mówić, że już w sumie to sama nie wie. Teraz już wiemy, że to raczej nie pręty. Lekarz uznał, że czekamy, że są pilniejsze sprawy, że za kilka tygodni zobaczymy, no "chyba, że wyjdą". Brzmi potwornie? W sumie nas to już nie rusza. Choć Hania ma dość, generalnie i coraz trudniej ją pocieszyć byle głupotą.

Nie pamiętam już kiedy wizyta w szpitalu, planowa czy nagła, przebiegałaby tak, jak miałem w głowie, że przebiec powinna. Okazało się, że jamki, które miały się zmniejszać, wcale się nie zmniejszają. Kolejne badania - tomograf, USG, pokazały, że zastawka, ta nowoczesna, działa. Ale: "Mamy u Hani problem z hydrauliką". Oznacza to tyle, że choć w głowie na razie jest ok, to i tak płyn zbiera się w kręgosłupie, wysoko, w odcinku szyjnym, nad guzem. Jamy wnikają już w pień mózgu. Grozi to dalszymi kłopotami z ruchem i nie tylko.

Hania od razu poczuła się gorzej, nie tylko na samą informację o tym, że zostaje w szpitalu. Od dziś dostaje niewielką dawkę sterydów, które odciążą jej układ nerwowy, jest też na przeciwbólowych i przeciwwymiotnych. Data kolejnej operacji została wyznaczona na połowę maja. Tym razem nie będzie to wymiana zastawki, tylko próba odbarczenia jam (wypuszczenia z nich płynu) za pomocą jakiegoś kolejnego drenu. Ten co już był włożony podobno nie działa. Do domu wrócić nie może - za długo na przepustkę, za duże ryzyko. Pozostaje czekać i wierzyć, że nic nie wyskoczy i operacja się odbędzie jak najszybciej.

Kiedyś pisałem, chyba w trakcie wakacji na Mazurach, jak to dzieci dziennie potrafią zadać kilkaset pytań zaczynających się od "Tato, a...?". Śmiałem się i liczyłem, po stu-iluś przestałem, a nawet południa jeszcze nie było. Teraz sam robię to samo, ja. Pytam Hanię jak się czuje. Czy dobrze się czuje. Czy nic nie boli.

Jak świr, za często,

niby wiem, że jak zaboli, to powie, ale chcę się uspokajać, więc pytam. Jej to już nie bawi. Muszę się pilnować, mimo że - jak się wyraził lekarz przy ostatnim wypisie - trochę siedzimy na tykającej bombie, nie wiadomo co i kiedy pierdyknie. Wieczorami role znów się odwracają. Gdy Hania idzie spać, to z racji słabych nóżek nie próbuje się nawet sama obracać w łóżku, a po ojcu ma syndrom rzucania się w wyrze na boki. Woła zatem. 3-4 razy w nocy to norma, zdarza się jednak częściej. Za każdym razem, gdy słyszę "TATO!" zrywam się, serce przyspiesza, wchodzę do ich pokoju lub patrzę na szpitalne łóżko i czekam, czy będzie "Boli", czy "Obrót".

Wymyśliliśmy więc z Hanią system. Jeśli chodzi o obrót lub coś mało poważnego (przykrycie, za ciepło, Majka chrapie, kuna hałasuje etc) to woła "Tatuś". A gdy boli woła "TATO!". Czasem we śnie się zapomni i się jednak pomyli. To ją bawi. A ja mam tętno 180.

Autor pisze też na blogu Ojca Raj - hantek.blox.pl