Sport.pl

Jak to było: Rosjanie rozniesieni przez Hiszpanów w półfinale!

Ach, jaki to był piękny mecz. Cudowni gracze - nasi ulubieni - biegali po boisku w strugach deszczu, który przylepiał im koszulki do ciał i zamieniał precyzyjnie układane fryzury w mokre, niesforne kosmyki... Ale nie tego rodzaju wrażenia wzrokowe były w spotkaniu hiszpańsko - rosyjskim najważniejsze. Zdecydowanie największe znacznie miał wczoraj fakt, iż najpiękniejsza drużyna Euro 2008 grała wczoraj naprawdę świetnie i odniosła zasłużone zwycięstwo. Nasi bracia ze Wschodu nie mieli najmniejszych szans i ulegli aż 0:3! Cóż za radość zapanowała w ciachowych szeregach! Teraz jednak czeka na chłopców jeszcze trudniejsze zadanie - Niemcy w finale.

 

 

Zanim jednak dojdzie do tego ostatniego (chlip, chlip) meczu, powspominajmy przez chwilę, co działo się wczoraj, bo to, co pokazali Hiszpanie, jest tego naprawdę warte. Bo zespół ten pokazał naprawdę seksowny futbol, pełen pięknych ofensywnych zagrań, niezwykłej urody bramek i niesamowitych podań. Z bardzo korzystnej strony pokazał się Sergio Ramos (i wyjątkowo nie mówimy o przodzie Ramosa, po meczu i bez koszulki), mnóstwo genialnych akcji i okazji (szkoda, że niewykorzystanych) miał Fernando Torres, zachwycał Cesc Fabregas, który z meczu na mecz jest coraz lepszy, bez zarzutu radzili sobie inni członkowie drużyny, nawet ci rezerwowi - Iniesta, Xavi, Guiza, Silva i wielu innych. Zespół Aragonesa dowiódł, iż jest ekipą kompletną, której oglądnaie może sprawić jedynie dziką przyjemność.

 

Niestety, w czasie meczu kontuzji doznał jeden z (maleńkich) filarów hiszpańskiej reprezentacji, David Villa, który nie zagra już na tym Euro. Jest nam smutno, choć cała sprawa w ogóle wyglądała mocno podejrzanie (domniemany antagonizm pomiędzy Aragonesem a Villą, fochy na ławce rezerwowych tego drugiego, nieczytelne reakcje...). Nie ma jednak wątpliwości, że mały rycerz z kozią bródką dokonał olbrzymich, nieproporcjonalnych do swojego wzrostu zasług dla tej kadry i ich występy w tej fazie ME to w wysokim stopniu zasługa hiszpańskiego hat-trickowca (not bene, jedynego na Euro). Za co niniejszym pragniemy złożyć Villi hołd.

 

I choć zejście Davida wywołało w nas przypływ skrajnie negatywnych emocji, to jednak okazało się, że nie było, na szczęście,katastrofalne w skutkach, a koledzy Davida są w stanie radzić sobie bez niego. Dopiero gdy nasz bohater znalazł się na ławce rezerwowych, ciachowe pieszczoszki zdobyły wszystkie swoje trzy gole.

 

Gdy Silva strzelił ostatnią, trzecią bramkę meczu, wrzasnęłyśmy tak gromko, ze ściany zadrżały, a sąsiedzi musieli uspokajać zanoszące się histerycznym płaczem, wybudzone w ten sposób ze snu sąsiedzkie niemowlę. Gdyby tylko ono wiedziało, jakie wiekopomne wydarzenie miało bowiem właśnie miejsce! Oto nieprawdopodobne stało się rzeczywistością - i Hiszpania, miłość do której manifestowałyśmy zawsze, wszędzie i przy każdej okazji w 80.minucie de facto przypieczętowała swój awans do finału ME - po raz pierwszy od, bez mała, ćwierćwiecza. Ciachowi faworyci, mimo zabójczego dla wielu piętna, jakim jest właśnie bycie ciachowym faworytem, nareszcie i niekwestionowanie byli górą!

 

Nie zapominajmy jednak o pokonanych przeciwnikach. To także im bowiem Hiszpania po części zawdzięcza swoje sukcesy - najpierw podopieczni Hiddinka dali się ograć w fazie grupowej 1:4, a teraz powtórzyli gest uległości. Zachodzimy w głowę, gdzie się podziali ci rozpędzeni, zgłodniali sukcesu Rosjanie, którzy rozgromili Holendrów? Wczoraj na boisku nikogo takiego nie zauważyłyśmy. Przez Arszwina i spółkę nie miał nawet szans wykazać się Iker Casillas (a szkoda!), ponieważ gracze rosyjscy poważniej zagrozili jego bramce może ze dwa razy. Najwyraźniej z Torresem i resztą ci panowie wygrywać,lub choćby nisko przegrywać, nie umieją.

 

Nie bez znaczenia była także kiepska postawa dotychczasowego gwiazdora Rosjan, Andrieja Arszawina. Piłkarz wczoraj praktycznie nie istniał, był cieniem samego siebie sprzed zaledwie kilku dni. Czyżby tak szybko przewróciło mu się w głowie od nagłego sukcesu? Czyżby AA myślami był już w Barcelonie? Mogłyby o tym świadczyć kilkakrotnie powtarzane gesty a la Cristiano Ronaldo (zniecierpliwione rozkładanie rąk i nadymanie policzków - Andrij oficjalne zajmuje w naszej klasyfikacji drugie miejsce w kategorii największych nadymaczy Euro).

 

Szkoda tylko, że mimo wielokrotnych usiłowań gola nie strzelił nasz ślicznotek, Torres. Ale teraz Nando ma na to jeszcze czas w finale!;)

 

***Zdjęcia, z powodu problemów technicznych, będą dodawane później w trakcie dnia. Prawdopodobnie jakaś rozszalała z rozpaczy fanka Pawliuczenki włamała się na stronę naszej agencji foto i ją unieruchomiła. Sztab ciachowych ekspertów pracuje właśnie nad naprawieniem szkody.

Więcej o: