Sport.pl

Och, Jerzy, byłbyś takim superhot gniazdowym....!

Bo jeśli chodzi o Puchar Davisa to lepiej skoncentrować się na tym, co miało miejsce na trybunach.

Choć i na trybunach dominowali soczyście żółci, świetnie bawiący się, rozśpiewani, roztańczeni Australijczycy, którzy w liczbie kilkudziesięciu stawili się na Torwarze by dopingować swoich, i czasem tylko, deprymować naszych tenisistów.

Dopingowali dzielnie przez wszystkie cztery i pół meczu, a potem wpadli już w szał i ekstazę zasłużonej euforii.

Tym zaprawionym w bojach fanatykom próbował przeciwstawić się osamotniony, niestrudzony Jerzy Janowicz. Pisałyśmy już, jak pierwszego dnia powstał i zaintonował. Drugiego zorganizował kartoniadę...

...trzeciego osobiście rozdawał kibicom w najdalszych rzędach trybun to takie dmuchane coś, do robienia hałasu...

Ale nie pomógł nikomu ten animowany przez Jerzego doping. Nawet nasz debel, który miał łatwo wywalczyć nam ten punkt, który  miał potem odwrócić losy spotkania, męczył się przez pięć setów i prawie cztery godziny, wypuszczając zwycięstwo z rąk po kilka razy... Ech, nie mówmy o tym.

Nie mówmy też o tym, jak Łukasz Kubot mógł wygrać seta z Tomiciem, jak prowadził 5:1 i... nie mówmy. A już w ogóle nie wspominajmy o meczu Przysiężnego z Kyrgiosem, którego rozgrywanie było już złym pomysłem, bowiem Michał nie pofatygował się przez dwa gemy do żadnej chyba piłki, potem, dla zachowania pozorów, wygrał swoje podania, potem konsultował się z medykiem i przy stanie 4:1 uwolnił nas wszystkich od awkwardu oglądania juniora znęcającego się nad nim - i postanowił kreczować.

No nic, mówimy sobie, że to wszystko, że Jerzyka zabrakło, że z Jerzykiem, pardon, Jerzym, byłoby inaczej, więc jak Jerzy wyzdrowieje to... kiedyś wejdziemy do tej grupy światowej, prawda?

PS. Bernardzie Tomiciu, nie lubimy Twojej klaty.

Więcej o: