Sport.pl

Czas Pożegnań, czyli Legendy opuszczają Ekstraklasę

Ostatnia kolejka Ekstraklasy była nie tylko tradcycyjną już kolejką cudów (do największych należała kraciasta marynarka Andrzeja Twarowskiego), ale też Kolejką Pożegnań - z polską ligą pożegnały się wielkie nazwiska, zasłużeni piłkarze i legendy swoich klubów. Było bardzo wzruszająco i nostalgicznie.

Poczet Pożegnanych Piłkarzy trzeba rozpocząć od bezsprzecznie największego - Tomasz Frankowski to legenda nie tylko Jagiellonii Białystok, nie tylko poslkiej Ekstraklasy, ale polskiej piłki w ogóle. To przecież "Franek, Franek, łowca bramek" dał nam awans na mundial w 2006, a co z tym awansem zrobiliśmy, to już zupełnie nie jego wina. Pan Tomasz ma na koncie 169 goli, trzecie miejsce na liście najlepszych strzelców w historii polskiej ligi (w kwietniu wyprzedził słynnego Gerarda Cieślika), pięć mistrzostw Polski, cztery korony króla strzelców i dwadzieścia jeden lat pięknej kariery piłkarskiej za sobą. Smutno nam było wczoraj, bardzo smutno - to koniec pewnej epoki. I ten zmoknięty żubr wcale, a wcale nas nie pociesza:

 

Tomasz Frankowski

 

Tomasz Frankowski

Smutno było też w Poznaniu, który żegnał aż dwóch swoich zasłużonych piłkarzy - Piotra Reissa i Ivana Djurdjevicia. Obaj zakończyli kariery, obaj pięknie pożegnani przez kibiców Lecha:


 

 

Tyle osób na mnie czekało, tyle chciało autograf albo uścisk ręki. A ja mam taką zasadę, że nigdy nie odmawiam ani autografów, ani uścisku, ani rozmowy. Zejście z boiska trwało zatem bardzo długo - opowiadał wzruszony Reiss, dodając, że najbardziej boi się poniedziałku - Dzisiaj to pół biedy. Jest adrenalina, wiele się dzieje, mnóstwo spotkań i rozmów. Nie ma czasu się zastanawiać. Bardziej boję się jutra, gdy wstanę i dotrze do mnie, że to koniec. Nigdy więcej nie wybiegnę już na boisko (...) Gdy byłem małym chłopcem, marzyłem o tym, aby grać w Lechu i to marzenie się spełniło. Cieszę się, że wiele dla tego klubu znaczyłem, że zagrałem tyle meczów i strzeliłem tyle goli. W ekstraklasie grałem tylko dla niego, w jego barwach świętowałem tytuł króla strzelców. Głupio byłoby narzekać na taką karierę.

Jeszcze bardziej wzruszające były słowa Ivana:

Sam Lech Poznań jest także wielkim, zbiorowym marzeniem ludzi. I o to marzenie trzeba walczyć. Warto o nie walczyć. Przecież tu, w Lechu, jest tak wiele wartości. Takie mecze jak ten pokazują to wyraźnie. Było je widać podczas tego meczu, jak się szanujemy, wspieramy. O to chodzi w Lechu Poznań. To są te wartości - szacunek, wsparcie, wspólnota. No i honor. Lech to sprawa honoru.

Swoją legendę pożegnała także Wisła Kraków i naprawdę było nam mocno nieswojo, gdy w brodzie schodzącego z boiska Kamila Kosowskiego dostrzegłyśmy tyle siwych kosmyków. Przecież Kosa to nasza młodość, złote czasy Wisły Kraków, niesforne dziecko polskiej piłki, które dla nas zawsze będzie miało tę klatę i ten, "troszkę pijany" głos:

Nie wiadomo jeszcze czy Kosa zakończy karierę definitywnie, ale na pewno nie zagra już w Wiśle - ta nie chciała przedłużyć z nim kontraktu. Kibice i koledzy z drużyny pożegnali go jednak gorąco...

...szkoda tylko, że zaraz po jego zejściu Wisła straciła bramkę i ten fatalny dla siebie sezon zakończyła porażką z Zagłębiem Lubin 0:1, na własnym stadionie.

Zanosiło się na to, że moja umowa będzie przedłużona. Stało się inaczej. Jeśli będzie taka możliwość, to chciałbym związać się z Wisłą i pomóc w odbudowie potęgi, która przecież jeszcze nie tak dawno tu była - mówił Kosa po meczu, dodając, że "był zbyt zmęczony żeby płakać".

Mistrz Polski też nie uniknął pożegnań. I nie będziemy tu pisać o Ljuboji, który odchodzi w niezbyt przyjemnej atmosferze, ani o Jędrzejczyku, który udaje się "za chlebem" do dalekiego Krasnodaru (ku rozpaczy warszawskich kibiców), ale o Sile Spokoju - Dicksonie Choto, który przez tyle lat był filarem legijnej obrony i jako jedyny obok Jędrzejczyka i Tomasza Kiełbowicza (który koniec kariery ogłosił już wcześniej) pamięta jeszcze mistrzostwo z 2006 roku, oraz o kapitanie Legii, Michale Żewłakowie.

Dobra, wiemy, że strasznie tu jęczymy i brzmimy jak stare pierniki (pierniczki?), ale naprawdę jakoś tak supernostalgicznie się w to niedzielne popołudnie zrobiło - ostateczny koniec dzieciństwa?

Więcej o: