Sport.pl

Formułowe podsumowania: GP Japonii

No i miałyśmy napisać piękny tekst o wariacie pierwszego zakrętu i kolejnym twitterowym fail'u Lewisa Hamiltona, ale wtedy przyszedł Kimi Raikkonen i przewrócił się na schodach.

Z braku barierek Fin postanowił jak reszta śmiesznych ludzi przejść schodami, ale nie, nie można było przejść bez performensu.

 

Mniej dosłowny upadek zaliczył Lewis Hamilton, który po wyścigu wylał na twitterze wiadro pomyj na swoje wkrótce już byłego partnera z zespołu.

 

Właśnie zauważyłem, że Jenson Button przestał mnie śledzić, to przykre. Po trzech latach jako partnerzy zespołowi, myślałem, że szanujemy się nawzajem, ale on najwyraźniej nie. Najśmieszniejsze jest to, że ciągle jesteśmy partnerami! Ale dobra, ja i tak zamierzam dać zespołowi i fanom wszystko co mam dopóki nie przekroczę mety w Brazylii! - napisał.

 

No i skończyłoby się klasycznym Hamiltonem na twitterze, gdyby nie jeden drobny szczegół...

 

Moja pomyłka. Właśnie odkryłem, że Jenson nigdy mnie nie śledził. Nie winię go! Muszę być częściej na twitterze!

 

Ten twitter to jest jednak straszne przedszkole.

 

Tymczasem na torze pozostali kierowcy mieli poważniejsze powody do kłótni. Mark Webber nie jest Jean Ericiem Vergne'em żeby poklepywać po plecach swojego tarana, za kolejne spowodowanie kraksy w pierwszym okrążeniu Groszek oberwał od prawie całej stawki, ale to Webbo właśnie najgłośniej krytykował poczynania kierowcy Lotusa nazywając go "wariatem pierwszego okrążenia" i apelując do sędziów o kolejnego bana.

Australijczyk wziął po wyścigu młodszego kolegę na stronę i według relacji świadków miał powiedzieć:

 

Romain, spójrz mi w oczy. Jeśli dalej będziesz tak postępował, nie zabawisz tu długo.

 

Chciałybyśmy to zobaczyć!

 

No ale nazbierało nam się trochę negatywnych emocji, przejdźmy do miłych rzeczy. Podium! Mówcie co chcecie, ale nas druga pozycja walczącego o swoją posadę Bejbiego ucieszyła, a o trzecie miejsce Kamui drżałyśmy do końca prawie tak samo jak nowy krasz Pana Andrzeja, Monisha Kalterborn.

Oczywiście Fernando Alonso źle nie życzymy, ale przez to, że wraca on z Japonii z zerowym dorobkiem punktowym, czyni końcówkę sezonu i walkę o mistrzostwo jeszcze bardziej emocjonującą. Game on!

Więcej o: