Sport.pl

EURO na różowych szpilkach: Polacy napier***, bo Gdańsk na Was czeka!

Zapraszam na ekskluzywną relację ze stolicy Trójmiasta, gdzie "Tytoniem" się oddycha, a hiszpańsko-irlandzko-polsko-chorwacka wersja "POLSKA BIAŁO-CZERWONI" jest pieśnią przewodnią.

Gdyby nie to, że właśnie skończyłam malować swoje paznokcie w polskie flagi, to pewnie doszczętnie bym je właśnie obgryzła. Gdyby powietrze w Gdańsku mogło się spersonifikować i przemówić krzyknęłoby "POLSKA DZISIAJ GRA!". Co więcej, to chyba jedyny dzień w moim życiu, kiedy żałuję, że te szpilki nie są biało-czerwone. Sprawa jest poważna.

Bo choć cała Polska właśnie przeżywa najtrudniejsze i jednocześnie najbardziej ekscytujące chwile w swoim kibicowskim życiu, to w Gdańsku jest wszystko bardziej, mocniej, intensywniej. Nie, nie dlatego, że wciąż ulice się zielone od kibiców Irlandii, ani też nie dlatego, że obecni tu również Hiszpanie z niecierpliwością czekają na kolejny pretekst do "danza kuduro , ale właśnie dlatego, że jeśli Polska dzisiaj wygra i Niemcy też jutro wygrają, to... spotkają się tutaj w ćwierćfinale. A potem umrzemy. Nie, najpierw rzucimy okiem na Roberta walczącego z kryciem Badstubera, znajdziemy się w futbolowym raju, potem umrzemy.

Ale nie o tym miało być, ale o Gdańsku, który już wprost nie może się doczekać dzisiejszego meczu i nawet już bułek spokojnie na śniadanie nie można tutaj kupić, Zmierzam sobie dzisiaj rano spokojnie do sklepu, gdy wesołych "hello" zatrzymuje mnie Pan w średnim wieku.

"O nie!" myślę. Tylko nie znowu "Stand up for the boys in green"! Proszę, proszę, proszę! Nawet jak dla mnie, skakanie na jednej nodze do irlandzkiej pieśni o dziewiątej rano to dosyć odważna sprawa. Patrzę jednak uważnie, pan wcale nie wygląda na Irlandczyka, a na szyi coś ważnego mu powiewa, patrzę uważniej. Akredytacja UEFA. Pan jest Panem Komentatorem. Uła, poważna sprawa, ma pan zapasowy klucz do szatni Hiszpanów? Koncentrację ustawiam i najwyższym poziomie. Pan pyta się czy jestem z Polski, a kiedy potwierdzam zaczyna coś mi tłumaczyć łamanym angielskim. Podążam wzrokiem za jego palcem, gdzie wśród ilustrowanego składu Polski wskazuje na jedną pozycję Przemysław Tytoń. No, no, no. Pan chce żebym nauczyła go wymowy nazwiska naszego bramkarza! To moja życiowa misja!

Powtarzam więc głośno, bardzo powoli i wyraźnie i tak jeszcze z jakieś 2434 razy, a Pan sobie kreśli fonetycznie w swoim notesiku. Potem jest jeszcze gorąca prośbą o Sandomierskiego. Znowu powtarzam, Pan znowu kreśli w  notesiku, zadowolony kiwa głową.

Rozpiera mnie duma, dzięki mnie w jakimś kraju widzowie usłyszą popraną wymowę "Tytoń". Rozochocona pytam się, czy ze "Szczęsny" też zrobić lekcję. On jednak szybko zaprzecza, jeszcze raz dziękuję i oddala się w bliżej nieokreślonym kierunku. Hmm, to był albo dla Wojtusia komplement, albo... i nie.

W ogóle sprawa naszych bramkarzy to gorący temat wśród innych kibiców. Wczoraj na przykład przez pół wieczoru i resztę nocy robiłam za chodzący punkt informacyjny odnośnie tego, kto ostatecznie zagra w dzisiejszym meczu - Szczęsny, czy Tytoń. Tytoń czy Szczęsny? Smuda zdecydowanie powinien dać mi miejsce w sztabie kadry. Dyrektor ds. kontaktów z Irlandczykami? Brzmi całkiem elegancko.

Tak czy siak, wracam sobie z tymi bułkami ze sklepu. Mijam pierwszy stragan z 2465327 obowiązkowymi kibicowskimi gadżetami. Mijam drugi, piąty, siódmy. Nie, muszę obejrzeć! Odzywa się we mnie niebezpieczne połączenie zakupoholika i piłkarskiego fana. Alarm! Podchodzę i się zaczyna...

Kusi mnie czapka z dzwoneczkami, chociaż kowbojski kapelusz z orłem też jest niczego sobie. A może wieniec w biało-czerwone hawajskie kwiaty? Kurczę, a jakby sobie kupiła taką biało-czerwoną perukę afro? Może to przyniesie naszym szczęście? Ciachoredaktorka w kompromitującym, acz patriotycznym stroju.

Już zaczynam rozważać to na poważnie, gdy nagle mój dylemat przerywa niespodziewane "POLSKAAAAA BIAAAAAAAŁOOOOOO-CZEEEERWOOOONIIIIIIIIIIIIIIIIIII" wykrzyczane z werwą godną Hiszpana w poimprezowym nastroju wprost do mojego ucha. Moje bębenki zdecydowanie tego nie lubią, ale moje "biało-czerwone ja" jest wprost zachwycone i wdaje się w małą dyskusje o dzisiejszym meczu.

Hiszpan twierdzi, że wygramy 4:0, Piszczek strzeli pierwszą bramkę a Lewandowski hat-tricka. Nie mam czasu rozckliwiać się nad sposobem w jaki wymawia "Piszczek", co brzmi mniej więcej "przsyfgfd", bo jestem a) wzruszona jego wiarą w naszą drużynę oraz b) zajęta pogłębianiem swojej miłości do hiszpańskiego narodu. Z niewiadomych przyczyn i kibicowskiej desperacji nagle jestem ciut spokojniejsza, nagle jestem bardziej przekonana, że "nasi" będą napied****.

No przepraszam bardzo, Hiszpan ma na sobie koszulkę z nazwiskiem "Villa" - on musi mieć rację. Odchodzi i dołącza do reszty swoich czerwonych kolegów, skąd słyszę znowu donośne śpiewy.

To jest chyba "POOLSKAAA GOOOLA".

Nie, teraz jestem autentycznie wzruszona i mam szyby w oczach.

Kupuję ostatecznie tylko szalik (nie pytajcie co stało się z poprzednim po meczu z Rosją - już zgłosiłam skargę do hiszpańskiej ambasady) i powiem Wam, że jeśli Polska dzisiaj wygra, to ja będę tym szaleńcem, który a) wskoczy do fontanny, b) kąpiąc się w niej zaintonuje "POLSKA BIAŁO-CZERWONIIII", a potem c) przewiąże ten szalik na szyi Neptunowi. Promise.


Patriotyczna Jedenastka Marzeń >>
Kliknij, by obejrzeć galerię

Więcej o: