Sport.pl

Zepsute zawieszenie wcale nie było największym nieszczęściem jakie spotkało Vettela w Abu Zabi

Nawet ktoś taki jak Sebastian Vettel spotyka się na swojej drodze życiowej z odrzuceniem.

To nie był weekend biednego Seby. Jak pewnie już nie raz słyszałyście, kierowca jest wielkim fanem legendarnej brytyjskiej grupy The Beatles. Ale wiecie, takim naprawdę wielkim fanem, który wyda ostatnie pieniądze* na unikatowe nagrania zespołu a gdy jest w japońskim barze karaoke, niezależnie od tego jak bardzo i ile saki pulsuje mu w żyłach, zawsze wybierze sobie "Hey Jude" i "Yellow Submarine" do zaśpiewania (true story).

Wyobraźcie sobie zatem jak wielką radość musiał poczuć nasz Sebastian, gdy okazało się na wyścig w Abu Zabi zawita Paul Mccartney. Temat ten został poruszony przez jednego z dziennikarzy po sobotnich kwalifikacjach.

 

Słyszałem o tym - relacjonował kierowca z trudem maskując swoje podniecenie. Osobiście go nie widziałem, ale wydaje mi się, że będzie tu również jutro. Mam nadzieję, że uda mi się go poprosić o wspólne zdjęcie.

 

A tu zonk.

 

 

Paul na wyścig ostatecznie nie dotarł ku ogromnej rozpaczy swojego fana numer jeden w padoku. Dzielny Sebastian nie poddał się jednak tak łatwo i poszedł na wieczorny koncert swojego idola. Wpisałyśmy dziś rano w YouTuba "crazy fan storms stage at Paul Mccartney gig" ale bez rezultatu nie wiemy zatem, czy misja kierowcy się powiodła.

Biedactwo.

 

*ostatnie wydane w tych pięciu minutach

Więcej o: