Lubinianie przegrali we
Wrocławiu 0:2 i po wygranej Odry Wodzisław spadli na ostatnie miejsce w ekstraklasie. Gospodarze zwyciężyli za to po raz pierwszy od ośmiu spotkań i odetchnęli z ulgą. Śląsk zdystansował Zagłębie i na dość bezpieczną odległość oddalił się od strefy spadkowej.
- To zwycięstwo nie mogło przyjść w lepszym momencie. Wygraliśmy prestiżowe spotkanie i mam nadzieję, że Śląsk wróci teraz na dobre tory - mówił pomocnik wrocławian Sebastian Mila.
Dla niego i jego drużyny spotkanie z Zagłębiem było jednym z najlepszych w tym sezonie. Śląsk momentami przypominał drużynę z zeszłego sezonu, kiedy zajął szóste miejsce i został rewelacją ligi. Momentami, tak jak kiedyś, celnie podawał Mila, a bramki po szybkich kontrach strzelali
Vuk Sotirović i Janusz Gancarczyk.
- Nie jest tak, że tą wygraną przeskoczyliśmy pewien poziom i teraz ogramy Lecha we Wronkach 4:0. Nadal nie grany z takim polotem jak faworyci ligi, ale najważniejsze, że zwyciężyliśmy. Nie pokazaliśmy jeszcze wszystkich naszych możliwości, ale teraz możemy przynajmniej spojrzeć przed siebie. Do tej pory nie mogliśmy tego zrobić, bo dół tabeli był blisko, a chłopakom ciążyła seria siedmiu meczów bez zwycięstwa - zaznaczał trener wrocławian Ryszard Tarasiewicz. - Chciałem podziękować kibicom, bo bałem się, że zamanifestują swoje niezadowolenie i zmuszą zawodników do ataku. A to mogłoby się stać kosztem organizacji
gry i skończyć w nieprzewidziany sposób - dodawał.
Fanom z Wrocławia ciężko było zapewne przeżyć szczególnie pierwszą połowę, kiedy na boisku dominowało Zagłębie. Dwie świetne sytuacje miał w tej części gry Dawid Plizga, ale dwa razy lepszy okazał się Wojciech Kaczmarek. - Gdybyśmy wykorzystali te okazje, to mecz potoczyłby się inaczej. W drugiej połowie przestaliśmy jednak panować nad grą, a taki błąd, jaki zrobił Piotrek Świerczewski przy drugiej bramce, nie miał prawa się zdarzyć - tłumaczył trener Zagłębia
Franciszek Smuda.
W 78. min Świerczewski niedokładnie podał do Costy, piłkę przejął Mila i szybko podał do Janusza Gancarczyka. Ten pomknął na bramkę, a po jego uderzeniu futbolówka trafiła jeszcze w nogę Dawida Plizgi i wpadła do bramki. - Wtedy było już w zasadzie po herbacie - spuentował trener Smuda.
Wcześniej gola dla wrocławian zdobył wprowadzony po przerwie Vuk Sotirović. Serb po raz kolejny okazał się dla Śląska wprost bezcenny, bo znów wszedł na boisko z ławki i strzelił bramkę. - Vuk dostał ultimatum, że jak nie zagra tak, jak oczekuję, to rozwiązujemy kontrakt - żartował na konferencji prasowej trener Tarasiewicz.
Franciszek Smuda podsumował: - Do końca będziemy walczyć o byt, ale gwarantuję, że nie spadniemy. Tej drużynie potrzeba świeżej krwi, ale lista życzeń na zimę jest już gotowa.
Nie dodał jednak, że on zimą będzie już pewnie trenerem reprezentacji Polski i życzenia będzie miał zupełnie inne.