Mróz odstraszający potencjalnych widzów, słaba dystrybucja biletów czy to, że tysiące osób już zobaczyło nowy stadion i nie zamierza się tam już pojawiać, nie wyjaśniają problemu niezbyt dużego zainteresowania pierwszym meczem Śląska w tym roku. Tego, że luty postraszy srogim mrozem, można się było spodziewać. Podobnie jak reakcji wielu widzów, którzy jesienią wybrali się na spotkania z Lechią Gdańsk i Wisłą
Kraków, ale futbol w naszym wydaniu ligowym nie porwał ich na tyle, aby wrócili na nowy wrocławski stadion. Problem jest bardziej złożony.
Piłkarski Śląsk i miasto
Wrocław znajdują się w wyjątkowym momencie. Przecież za kilka dni wrocławska drużyna rozpocznie decydującą fazę rywalizacji o mistrzostwo Polski w najpopularniejszej dyscyplinie w kraju. A w swojej 65-letniej historii Śląsk tylko raz sięgał po to trofeum, więc chwila naprawdę jest historyczna. Jednak nie o popadanie w egzaltowany patos tu chodzi, ale o racjonalne podejście do sytuacji. We
Wrocławiu nie wyczuwa się atmosfery wyjątkowości. Nie widać, że Śląsk zaczyna pasjonującą rywalizację, w której może zdetronizować Wisłę, pokonać Legię, Polonię i sięgnąć po wymarzony sukces - piłkarskie mistrzostwo Polski.
Brakuje mi promocyjnego rozmachu, który uświadomiłby tysiącom mieszkańcom miasta, że zanim rozpocznie się tu
Euro 2012, czeka ich wspaniała przygoda, której bohaterem może być miejscowy Śląsk. Mam wrażenie, że Wrocław i Śląsk są zbyt skromne, zbyt defensywne, sprawiające wrażenie trochę zaskoczonych tym, że wkrótce to miasto może stać się piłkarską stolicą Polski.
Dziś futbol jest nie tylko sportową rywalizacją - stał się częścią współczesnej rozrywki. O widza-klienta należy się starać, zachęcić go czymś wyjątkowym, zaoferować coś, czego nigdzie indziej nie znajdzie. Kibice, którzy wcześniej chodzili na mecze na stadion przy Oporowskiej, są wiernym elektoratem Śląska i zawsze pojawią się na nowym obiekcie. Tu gra idzie o nowego widza, dla którego piłka wcale nie musi być najważniejszą sprawą na świecie. Ale o takiego potencjalnego kibica też trzeba powalczyć, kreując przed nim obraz pasjonującego widowiska, którego świadkiem ma szanse się stać.
Przecież wokół rywalizacji Śląska o mistrzostwo Polski można, a nawet powinno się zbudować atmosferę wyjątkowości i starać się zaprosić do udziału w tym wydarzeniu jak największą liczbę widzów. "Zapewniamy wszystko - oprócz nudy", "Poczuj dreszcz niewiarygodnych emocji", "Zostań mistrzem razem z nami" - wokół choćby takich haseł można zbudować pozytywną, intrygującą kampanię reklamową, która przypomni nie tylko o tym, że piłkarska zima dobiega końca. Będzie ona czymś więcej: zaproszeniem na nieprzewidywalne widowisko z wielkimi emocjami. Widowisko z udziałem Śląska.
Naprawdę walka o prymat w ekstraklasie zapowiada się pasjonująco, a futbol w polskim wydaniu bywa wyjątkowo nieprzewidywalny. Śląsk jest tego najlepszym przykładem. Bo chyba niewiele osób spodziewało się, że w tamtym sezonie drużyna prowadzona przez trenera Lenczyka zdobędzie wicemistrzostwo Polski, a w kolejnym będzie liderem po pierwszej części rozgrywek.
Pisząc o kampanii reklamowej promującej walkę Śląska o mistrzostwo Polski, myślę o szeroko zakrojonym przedsięwzięciu z udziałem nie tylko klubu, ale przede wszystkim miasta i Polsatu. Śląsk naprawdę pod tym względem na duże możliwości. Miasto Wrocław - co udowodniło wielokrotnie - świetnie i skutecznie potrafi się promować, a Polsat to medialny gigant mający ogromne możliwości kreowania koniunktury na futbol, na Śląsk.
Oferowanie gorącej herbaty widzom na stadionie,
walentynkowa promocja i darmowe zaproszenie dla kobiet na mecz Śląska czy porozumienie z MPK, na podstawie którego bilet na mecz uprawnia do bezpłatnego przejazdu komunikacją miejską w dniu spotkania, to działania mogące zachęcić do przyjścia na stadion. Jednak trudno je uznać za porywającą, niekonwencjonalną kampanię reklamową, która zaintryguje tysiące potencjalnych widzów. Poza tym propozycje pojawiły się dopiero wtedy, gdy okazało się, że bilety na pierwszy mecz rundy wiosennej sprzedają się mizernie.
W lipcu minionego roku Śląsk zaliczył reklamowy falstart. Na murach Wrocławia zawisły billboardy reklamujące rodzinne przeżywanie emocji na nowym stadionie. Nie z winy klubu reklamowano coś, czego nie było - budowa stadionu opóźniła się o tyle, że przez większą część rundy Śląsk grał jeszcze przy Oporowskiej. Ale teraz Śląsk przeniósł się już na 43-tysięczny obiekt, którego naprawdę Wrocławiowi zazdrości duża część Polski. I walczy o największą stawkę. Szkoda, że we Wrocławiu prawie nikt się tym nie chwali.