W ciągu kilku ostatnich dni u beniaminka Ekstraklasy Zagłębiu Lubin doszło do kuriozalnej sytuacji. 30 czerwca upływał termin ważności kontraktu dyrektora sportowego Jakuba Jarosza. W Lubinie zadecydowano, że umowa nie zostanie przedłużona i Jarosz odejdzie z Zagłębia.
Ale to już postanowiono poza klubem, gdyż w klubie zawsze dużo do powiedzenia mieli lokalni politycy.
Jarosz narzekał: - Nie wiem, jakie były powody mojego zwolnienia. (...) Czuję jednak rozgoryczenie co do sposobu, w jaki się ze mną pożegnano.
Na miejsce Jarosza nominowano - przygotowanego już na to stanowisko - Dariusza Machińskiego, byłego prezesa Miedzi Legnica oraz członka zarządu Dolnośląskiego Związku Piłki Nożnej. Ale Machiński funkcję dyrektora sportowego Zagłębia pełnił... dwa dni.
I wybuchła awantura. Nominacji przeciwstawił się bowiem prezes klubu Paweł Jeż - nie widział merytorycznych podstaw do pozbycia się młodego dyrektora. Sprawa była tym bardziej naciągana, że to właśnie Jarosz przygotowywał w zasadzie wszystkie transfery przed tym sezonem, doprowadzając do podpisania umowy z dwoma Portugalczykami. A przede wszystkim to on prowadził rozmowy dotyczące pozyskania Brazylijczyka Arthuro, napastnika z ciekawą przeszłością, który może zostać piłkarzem Zagłębia.
Pod koniec tygodnia w Lubinie odbyły się decydujące rozmowy. Jeżowi udało się postawić na swoim i ostatecznie Jarosz zostaje w Zagłębiu na dotychczasowym stanowisku. Podpisał nowy, dwuletni kontrakt. A dla Machińskiego, który przez dwa dni był dyrektorem sportowym, stworzono nową funkcję - dyrektora zarządzającego i pełnomocnika zarządu do spraw rozwoju i sportu.
Oczywiście oficjalnie nikt z Zagłębia nie potwierdzi, że wydarzenia z ostatnich kilkudziesięciu godzin miały taki kuriozalny przebieg. Bo klub dba o pozytywny wizerunek i podaje tylko optymistyczne informacje.