Po względem sportowym konkursy Pucharu Świata w Szklarskiej Porębie udały się znakomicie.
Justyna Kowalczyk wygrała bieg na 10 kilometrów i sprawiła mnóstwo radości swoim kibicom. Święto sportu na całym świecie zepsuła jednak polska
telewizja, która przeprowadziła fatalną - w powszechnej opinii - transmisję z zawodów.
Kilka dni temu
pisaliśmy już na temat , przy okazji negatywnych opinii w szwedzkiej prasie. Problem poruszył
dziennik "Aftonbladet" pytając, czy to były zawody na najładniej machającego kibica, czy jednak zawody Pucharu Świata w biegach narciarskich. "To były pierwsze konkursy, które odbyły się w Polsce i widać to było w transmisji telewizyjnej. Zamiast emocjonować się piękną walką biegaczek i biegaczy, ciągle musieliśmy oglądać machających kibiców" - pisała gazeta.
Teraz
w rozmowie z wrocławskim oddziałem "Gazety Wyborczej" rację Szwedom przyznaje Jacek Jaśkowiak, przewodniczący komitetu organizacyjnego zawodów w Szklarskiej. - Największym problemem była transmisja telewizyjna. To właśnie za nią zebraliśmy najwięcej negatywnych ocen. O ile do piątkowej relacji ze sprintów nie można było mieć większych zastrzeżeń, o tyle w sobotę była ona po prostu słaba - mówi.
Zdaniem organizatora są dwie przyczyny takiego stanu rzeczy. - Pewnym usprawiedliwieniem może być fakt, że bardzo trudno robi się transmisję na żywo ze startu wspólnego. Ale dyrektor FIS w biegach narciarskich Capol polecił nam wybitnych specjalistów od transmisji. Nasza telewizja nie chciała jednak skorzystać z tego know-how - opowiada Jaśkowiak.
Jego zdaniem to, czy w przyszłym roku
Polska zorganizuje kolejne zawody w biegach narciarskich zależy również od TVP. - Czekam na deklarację ze strony telewizji, czy jest w stanie wziąć w całości odpowiedzialność za produkcję. Nie może być tak, że w sierpniu minionego roku własnym kosztem musieliśmy przygotowywać plan rozmieszczenia kamer na trasie. To jest zadanie telewizji - kończy.