Powie ktoś, że się czepiam. Że do sobotniego meczu Śląska z Ruchem Chorzów jeszcze czas, więc wszystko się może zmienić. Że te 8 tys. już zajętych miejsc (bilety plus karnety) to wcale nie jest mało. I że nie zawsze na nowym stadionie będą 43 tys. widzów. A właśnie tylu kibiców oglądało jesienne spotkania i najwidoczniej ten wynik nas, zajmujących się sportem, po prostu rozpieścił.
To wszystko prawda. Jasne, że jesteśmy rozpieszczeni, bo przyjemnie porównywało się frekwencję na meczach Śląska z klubami pokroju londyńskiej FC Chelsea czy Interu
Mediolan. Oczywiście bilety mogą się jeszcze sprzedać, ale z drugiej strony kibice po prostu nie muszą mieć ochoty przyjść na najbliższe spotkanie, bo stadion widzieli, atmosferę już poczuli, a Ruch Chorzów to aktualnie nie ta piłkarska marka co
Wisła Kraków.
Kilka pytań nie daje mi jednak spokoju. Dlaczego właściwie w siedemsettysięcznym
Wrocławiu nie miałoby się znaleźć 30-40 tys. osób, które chciałyby zobaczyć drużynę walczącą o mistrzostwo Polski? Czy rzeczywiście ci, którzy byli na meczach z Lechią Gdańsk (słaby) czy Wisłą (bardzo dobry), nie chcą teraz wspierać Śląska - wzmocnionego i przygotowanego do walki o
złoto? Czy naprawdę kibice zimą nie stęsknili się za futbolem? Nie dostrzegają historycznej szansy stojącej przed zespołem? A może z decyzją o kupnie biletu czekają do 14 lutego, kiedy Komisja Licencyjna PZPN oficjalnie orzeknie, czy Śląsk rzeczywiście na Maślicach zagra? Ale do głowy przychodzi mi też inny powód: kibice chcieliby po prostu, żeby dystrybucja biletów została w końcu ulepszona.
Bo przecież nadal nie mogą kupować wejściówek w różnych punktach miasta, a jedynie w kasach stadionów na Maślicach i przy Oporowskiej. Fani ciągle nie mogą też nabyć przez internet biletów innych niż normalne, a żeby wyrobić umożliwiającą zakup w sieci Kartę Kibica, muszą fotografować się w siedzibie klubu. Słowem: od ostatniego, listopadowego meczu z Wisłą w kwestii dystrybucji biletów nie zmieniło się nic.
Działacze tłumaczą, że uruchomienie dodatkowych usług jest skomplikowane technologicznie, oraz zapewniają, że powinno się udać lada moment. Ja bym tych argumentów nie wykpiwał. Chciałbym jedynie zapytać o skuteczność prowadzonych dotąd działań, skoro pierwszy mecz tuż-tuż, a ulepszeń jednak nie ma. Wychodzi więc na to, że zimą Śląskowi udało się pozyskać dwóch całkiem niezłych zawodników z różnych krajów i klubów, ale w kwestii dystrybucji biletów na własnym podwórku równie spektakularnego sukcesu nie zanotował.
W ostatnim wywiadzie dla "Gazety" prezes Śląska Piotr Waśniewski z jednej strony cieszył się z ogromnej jesiennej frekwencji na meczach zespołu, z drugiej podkreślał, że ona jak
kobieta - zmienną jest. Myślę, że pan prezes wie najlepiej, iż kobieta i frekwencja mają jeszcze jedną cechę wspólną. Trzeba o nią dbać. Wyjątkowo.