"Legio, kiedy ja dostanę z liścia?" - komentarz Gazety Sport.pl W sobotę piłkarze zagrali źle. Kibole ich wygwizdali, w kapitana zespołu Ivicę Vrdoljaka rzucali szalikami i wyzwiskami.
Po meczu "Staruch", herszt kiboli Legii, przeskoczył barierkę oddzielającą trybunę od murawy. W tunelu prowadzącym do szatni dopadł Rzeźniczaka i obrzucił go obelgami. Piłkarz, który przyszedł ze znienawidzonego przez warszawskich chuliganów Widzewa, został opluty. Gdy próbował odpyskować, dostał po twarzy.
- Niech szanuje mordę, k..., albo wraca do Widzewa - wykrzykiwał "Staruch". Ochroniarze odciągnęli go od piłkarza i pozwolili spokojnie opuścić stadion.
Zdarzenie widziało wielu świadków, dziennikarze Canal+ opisali je szczegółowo na antenie.
Krzysztof Smulski, delegat PZPN: - Ja tego nie widziałem, wszystko zrelacjonował mi dyrektor ds. bezpieczeństwa Legii Bogusław Błędowski. Najważniejsze, że sprawca jest zidentyfikowany.
Błędowski w niedzielę odsyłał nas do rzecznika prasowego Michała Kocięby. Rzecznik nie odbierał telefonu, tak jak prezes Paweł Kosmala i wiceprezes Leszek Miklas. Legia w obronie piłkarza nie stanęła do końca weekendu. Dopiero po południu w niedzielę - gdy o skandalu huczał cały internet - wydała lakoniczny komunikat: "Po zbadaniu okoliczności poinformujemy o działaniach klubu w tej sprawie". "Staruch" został w komunikacie nazwany "kibicem".
- Nie chcę komentować. Może za jakiś czas. Po meczu wyjechałem z Warszawy - powiedział nam Rzeźniczak.
Dlaczego Legia nie broni piłkarza przed kibolem? Dlaczego natychmiast nie ukarała "Starucha" zakazem stadionowym, choć daje jej to prawo nowa ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych? Dlaczego ochroniarze nie oddali go w ręce policji?
Legia milczy, ale od dawna wiadomo, że zależy jej na dobrych układach ze "Staruchem" i jego kompanami. Klub, bojąc się niskiej frekwencji na wybudowanym przez miasto za 450 mln zł stadionie, przestał z kibolami wojować i znów oddał im trybuny. Za obietnicę braku dużych zadym przymyka oko na mniejsze grzeszki.
I "Staruch" znów króluje na stadionie Legii. To ten sam kibol, który zaintonował "Jeszcze jeden!" po śmierci współwłaściciela klubu Jana Wejcherta (drugim jest Mariusz Walter). Zarząd obiecywał wtedy, że "już nigdy nie wpuści go na stadion". Dziś "Staruch" znów na każdym meczu w
Warszawie "prowadzi doping", czyli intonuje, co mają śpiewać inni (m.in. bluzgi typu "strzelcie, k..., gola" albo "jazda z k..."). Za zgodą klubu krzyczy przez zamontowaną aparaturę nagłaśniającą.
„Nie wiem, czy część z was się zorientowała, ale jesteśmy na » żylecie «. A to nie jest miejsce dla jakichś, k..., odpicowanych małolatek, dla jakichś długowłosych, k..., pazi, dla jakichś, k..., gamoni. Jak widzisz, że kolega obok ciebie nie śpiewa, to zaj... mu w łeb. Posłuchaj: wyp..., jak nie chcesz śpiewać, bo ci zaj... w łeb zaraz” - grozi przez mikrofon „Staruch” w internetowym filmie sławiącym kibolstwo tym, którzy są zbyt cicho [zobacz od 3.50].
Kilka dni temu stadionowym chuliganom znów rząd wypowiedział wojnę, bo sparing reprezentacji Polski z Litwą zakończył się zdemolowaniem Kowna. Przed
Euro 2012 o bezpieczeństwo stadionów w Polsce niepokoi się europejska federacja
UEFA. Politycy mówią jednak, że wpływu na kluby nie mają. PZPN twierdzi, że robi wszystko, co może.
Kibole zastraszają ligowców od lat. W najgłośniejszym incydencie za zgodą prezesa przyszli na trening słabo grającego Górnika Zabrze i zmusili piłkarzy do ćwiczenia w koszulkach z napisem "Nie wystarczy tylko biegać i trochę się starać, z naszym herbem na sercu trzeba zapier...".
Czy polski kibol rozwali Euro? Rzeźniczak wyjechał z Warszawy Rozpad Legii