Nigdy nie rezygnują z ulubionego, jednostajnie zwolnionego tempa, grają swoje niemal zawsze, niezależnie od okoliczności, nikt nigdy nie wychwycił utraty gola - wyjąwszy może jeden tajemniczy wieczór z Lechem
Poznań - po której wrzucają wyższy bieg, rozjuszeni okazują przeciwnikowi kły i pazury, postanawiają rozszarpać go za wszelką cenę, uznając, że cel uświęca najbardziej niegodziwe środki. Nie, Legia trzyma leniwy rytm i spokój, a nad jej spokojem czuwa
Maciej Skorża, którego uwielbiam podglądać na zbliżeniach kamery - to prawdziwy trener jednej miny, grę kontemplujący zawsze z czołem głęboko myślą rozciętym, prawdopodobnie świadomy, że nigdy gry nie kontroluje. Albo inaczej - świadomy, że nikt na świecie pełnej kontroli nad przebiegiem wydarzeń na boisku nie ma, więc nie warto się żołądkować.
Tę swoją stoicką tożsamość Legia wdzięcznie wyeksponowała w ostatnich dwóch kolejkach. Przyłożył jej golem Bełchatów - ani drgnęła, przyłożył jej drugim - dalej nic. Żadnego szarpnięcia, rozpętania rywalowi piekła, próby frontalnego ataku ostatniej szansy. A w sobotę Legia z powściągliwą godnością znosiła ekscesy chorzowian, gdy ci stopniowo odrabiali straty - najpierw jedna bramka, potem druga i dopiero wtedy trzecia - i nawet przez moment nie poczuli, że gospodarze mogą zechcieć ich bezczelność skarcić.
Skorża przecierpiał właśnie najczarniejszy dwumecz w karierze. Najpierw znów (!) dał się wyrolować - on, fachowiec nowoczesny i nadążający, uchodzący za trenera przyszłości - naturszczykowi Maciejowi Bartoszkowi, który w poważnej rywalizacji debiutuje, w dodatku dowodzi szarymi ligowcami znikąd, niepoimportowanymi ze wszystkich stron globu, jak w przeczesującej zagraniczne rynki Legii. Kompromitacja. Minęło kilkanaście dni, Skorża wstrząsnął szatnią, zarządził totalną mobilizację, po półgodzinie meczu ze słabym Ruchem delektował się komfortowym 2:0. I znów kompromitacja. Takich meczów nie przegrywa się nigdy, a jeśli się przegrywa, to przegrywają je drużyny definiowane jako małe, przygniatane do murawy kompleksami, z notorycznymi klęskami zżyte. Duzi nie przegrywają. Zwłaszcza duzi w stanie totalnej mobilizacji.
Znosi zatem trener czas upiorny, ale to zaledwie epizod, w planie ogólnym sytuacja wygląda jeszcze parszywiej, historia najnowsza uprawnia nas wręcz do oskarżenia Skorży o zbrodnię najcięższą - otóż nie ma on bladego pojęcia, jak przysposobić piłkarzy, by grali przebudzeni od pierwszego meczu sezonu.
Latem 2009 roku inspirował do walki o Champions League Wisłę, a Wisła zdechła w drugiej rundzie kwalifikacji, w Tallinnie, gdzie podarowała Levadii największy pucharowy sukces w dziejach estońskiego futbolu. Zimę 2009/10 też spędził jeszcze Skorża z krakowianami, więc ci przez trzy inauguracyjne wiosenne kolejki ligowe nie wymordowali gola - i wtedy został wylany. Latem 2010 roku jął wznosić wielką Legię, więc Legia zezwoliła się wybatożyć w derbach Polonii, potem spoliczkował ją - znaczy Skorżę - wspomniany mag Bartoszek, a po kolejnych wpadkach niedoszła potęga ugrzęzła w dole tabeli. Wreszcie dobrał się nasz bohater do legionistów zimą 2010/11, więc legioniści jeszcze udoskonalili dzieło jesienne i w liczbie porażek ustępują aktualnie tylko leżącej na dnie tabeli Cracovii.
Cztery próby podjął trener, cztery razy padł trupem, z rosnącą pasją obiecuje za to, że jutro będzie bosko, z niewzruszoną cierpliwością poucza narwańców, że warszawiacy kopią z sensem, tylko nieszczęśliwa konfiguracja okoliczności im nie sprzyja. A przecież jest akurat odwrotnie, przecież ostatnio, jeśli wolno mi sięgnąć do nowomowy trenerskich nieudaczników, każdy mecz się Legii układa - zanim przegrywała ze Śląskiem, Bełchatowem czy Ruchem, to albo obejmowała prowadzenie, albo mogła objąć prowadzenie z rzutu karnego. Jeszcze raz: to dla faworyta niewybaczalna kompromitacja.
Zasadnie byłoby podumać, dlaczego Skorża nadal znajduje u szefów posłuch, gdybyśmy nie pojmowali, że Legia żyje właśnie przeczuciem cudnej przyszłości, że odkąd przejął ją ITI, wpada w opały wyłącznie przejściowe, a te nie destabilizują jej nigdy, zawsze przecież czeka albo na oszałamiający stadion, albo na następne transfery za milion, które tym razem - skoro poprzednie nie wypaliły - muszą być skazane na sukces.
Do dziś zagadką pozostaje, dlaczego przez siedem lat pod miłosiernym panowaniem ITI warszawiakom wpadło jedno mistrzostwo kraju, jeśli z wyczuciem nie kupują piłkarzy właściwie nigdy. Nadal nie wyśledziliśmy też, skąd się w Polsce bierze dobra reputacja trenerska, co pozwoliłoby odkryć, gdzie narodziła się opinia o Skorży jako fachowcu z olbrzymim potencjałem. W błogim poczuciu, że kibicujemy w logicznie uporządkowanej rzeczywistości, utrzymuje nas tylko świadomość panującej w klubie wewnętrznej harmonii, gwarantowanej przez wzruszającą pełnię duchowego porozumienia między trenerem i prezesem. Ten pierwszy też pływa w przyszłości i malowniczo o niej opowiada. Otóż Legia - jeśli pechowo przegapiliście najświeższy, sobotni wywiad dla TVN Turbo - właśnie przeistacza się w stylu gry Liverpoolu ze złotych czasów Rafaela Beniteza, choć wiernej kopii rzecz jasna nie będzie - Skorża z cudzego dorobku czerpie twórczo, więc metodę prędkiego przejścia z defensywy do ataku zapożyczy od Realu
Madryt, z zainteresowaniem zerkając też na rozwiązania stosowane w Arsenalu i Barcelonie.
I nie martwcie się, prezes Leszek Miklas nie sprowadzi podwładnego na ziemię, nie rozdepcze go na dywaniku za wybryki niegodne stadionu za pół miliarda, nie obsztorcuje za kompromitację, jakiej nie zaznał żaden inny pierwszoligowy trener w sezonie, nie zapyta wściekle, dlaczego szef drużyny na jej zapał do walki nie wpływa choćby śladowo, a hucznie ogłaszana nowa era gry z biglem trwa marnych 45 minut. Scen nie będzie, bo Miklas, działacz o wciąż niezidentyfikowanym dorobku i kompetencjach, buja jeszcze kilka obłoków wyżej.
Przed sezonem zanalizował sytuację naszych klubów w kontynentalnej hierarchii i uradował się, że pucharowa reforma Platiniego nas ocaliła, zaraz pobijemy wszystkich, osławione klęski azerskie czy estońskie bezpowrotnie zginą w czeluściach najbardziej wstydliwej historii. Skąd ów optymizm? Z puchnących przychodów Ekstraklasy. Bo Miklas nie przypuszcza, że dla bycia prezesem trzeba coś umieć i coś rozumieć, on dawno odkrył, że trzeba mieć co wydawać. I opętany perspektywą nieuchronnego cudu gospodarczego zmartwił się, że już wkrótce, kiedy tylko nasza liga wedrze się do czołowej piętnastki rankingu UEFA, dopchnąć się do Champions League będzie trudniej niż dotychczas, bo mistrzowie kraju zaczną wpadać na potężniejszych rywali. W "Gazecie" tłumaczył, że "to nie jest takie odległe", bo prawdopodobnie nigdy nie strzeliło mu do głowy, by sprawdzić, kiedy ostatnio polska liga plasowała się tak wysoko.
A do czołowej piętnastki nie doskoczyła od 1979 roku. Zarządca poważnej firmy musi mieć trzeźwy ogląd rzeczywistości, Miklas żyje urojeniami: przeczuwa nadciągający rychło powrót do wyników z najlepszego okresu w dziejach naszego futbolu akurat teraz, gdy tenże futbol stoczył się na historyczne dno. I gdy na dno stacza się jego Legia. Im szpetniej wygląda teraźniejszość, tym bardziej
luksusowe widzi jutro. Jak Skorża. Trener, który w każdym normalnym klubie z aspiracjami bałby się już wystawienia za drzwi, zaraz po bełchatowskim fiasku ośmiela się publicznie bajać o Liverpoolu i Benitezie.
Między nimi lewituje jeszcze Marek Jóźwiak, w legijnych zwidach tzw. dyrektor sportowy, w realu dyrektor od przygarniania na testy Senegalczyków, którzy oblali je w drugiej lidze marokańskiej albo Nielbie Wągrowiec, ale Jóźwiak musi sprawdzić, czy nie przez karygodne niedopatrzenie. Doprawdy, triumwirat władców z Łazienkowskiej służy Mariuszowi Walterowi z nieograniczoną fantazją - gdyby zważyć budżety i obliczyć koszt każdego zdobytego w ostatnich kilkunastu miesiącach ligowego punktu, Legia wreszcie miałaby przewagę nad całą resztą kraju. Miażdżącą przewagę.
Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca