W rundzie jesiennej 30-letni napastnik strzelił tylko trzy gole. Niewiele, jak na najlepiej zarabiającego zawodnika polskiej ligi i na 13 meczów, które rozegrał w ekstraklasie. Wiosną - tak zapowiada Smolarek - ma być lepiej. Wychowanek Feyenoordu Rotterdam wreszcie jest zdrowy, pracuje na pełnych obrotach w najważniejszym dla piłkarza czasie, przygotowań do sezonu, i to pod kierunkiem trenerów z jego drugiej ojczyzny - Holandii.
Olgierd Kwiatkowski: Był pan chyba pierwszym piłkarzem Polonii, który ucieszył się z wiadomości o przyjściu holenderskiego trenera? Euzebiusz Smolarek: Wychowałem się w Holandii, znam holenderskich trenerów, ich styl pracy mi odpowiada. Nie zmartwiłem się, że Theo Bos został moim nowym trenerem. Dobrze czuję się już od pierwszego treningu. Jestem przyzwyczajony do jego wymagań i pomysłów, do ciężkiej pracy, jaką nam każe wykonywać.
Jakiego holenderskiego trenera przypomina panu Theo Bos? - Chyba bym go porównał do Berta Van Marwijka (trenował Smolarka w Feyenoordzie i Borussii Dortmund, dziś jest szkoleniowcem reprezentacji Holandii). Trenuje w tym samym stylu. Wiem, że ktoś od razu powie, jak ja mogę nikomu nieznanego w Polsce trenera porównywać ze szkoleniowcem Holandii, ale on ma naprawdę podobny styl. Mamy mnóstwo zajęć z piłką, taktyki, często podobnych do tych, które kiedyś miałem u Van Marwijka.
Bos nie ma obfitego trenerskiego życiorysu. Wiele osób zastanawia się, czy właśnie ktoś taki przebudzi Polonię? - Dziwi mnie to podejście, typowo polskie. On nie miał jeszcze szansy niczego pokazać, nic nie mógł zrobić, a już go krytykują, jak Maaskanta w Wiśle. Dziennikarze patrzą na jego pracę w poprzednich klubach, owszem, w Vitesse Arnhem niewiele zdziałał, ale miał nie najlepszą drużynę z niskim budżetem. Trudno go tak od razu ocenić. Trzeba przyjrzeć się treningom prowadzonym przez niego i wtedy na tej podstawie coś powiedzieć.
Czuje pan, że w Polonii po przyjściu Bosa coś drgnęło? - Coraz lepiej to wygląda. Po dwóch tygodniach w Turcji zgrywamy się, zaczynamy wszyscy rozumieć, o co trenerowi chodzi. Ostatni mecz, który zagraliśmy (zwycięstwo 3:0 z Krywbasem Krzywy Róg) był dużo lepszy niż ten pierwszy (remis z rezerwami
Hoffenheim), a to znaczy, że się rozwijamy. Odzyskujemy powoli pewność siebie, jaką mieliśmy na początku sezonu. Później ją gdzieś zatraciliśmy. Inaczej zaczęliśmy poruszać się na boisku, według pewnych schematów. To ważna rzecz. Nie wystarczy powiedzieć: "Ruszajcie się". Lepiej mówić: W takiej sytuacji przesuńcie się dwa metry w prawo, a w takiej metr w lewo. To naprawdę ma potem istotne znaczenie w meczu.
Zna pan Bosa z boiska? - Nie, tylko jako trenera Vitesse Arnhem. Mówi się o nim w Holandii "Mister Vitesse", bo tam grał jako piłkarz i później został jego trenerem. Dobrze znam asystenta Theo, Marca van Hintuma. Nie wiem, czy wypada mi o tym mówić, ale często go ogrywałem w pojedynkach jeden na jeden, kiedy grałem w Feyenoordzie. Kiedy się spotkaliśmy teraz w Polonii, śmialiśmy się, że kiwałem go niemal przy każdej okazji. Marc był jednak dobrym, szybkim i twardym zawodnikiem. Grał też w reprezentacji Holandii.
Zatrudnienie holenderskich trenerów to dobry ruch właściciela Polonii Józefa Wojciechowskiego? On sam powiedział, że to konieczność w polskiej piłce. - Nie zagraliśmy jeszcze oficjalnego meczu. Dopiero spotkania o punkty zweryfikują ten krok. Ja uważam, że jak najbardziej tak trzeba postępować, brać trenerów z zagranicy, jak Wisła, teraz Polonia, bo przecież w Polsce chcemy się czegoś nauczyć. W Holandii jest takie powiedzenie, że żeby się czegoś nauczyć, trzeba szeroko otworzyć drzwi swojego domu. Myślę, że polska piłka powinna się otworzyć na nowe pomysły z zagranicy, również z Holandii, bo przecież to nie jest kraj najgorszy w grze w piłkę.
Może pan już powiedzieć, że Theo Bos to lepszy trener niż Paweł Janas? - Uważam, że Paweł Janas jest też dobrym trenerem, awansował przecież na mistrzostwa świata. Widzę jednak, że czasami trener z Zachodu lepiej pasuje do polskiego klubu, do naszych piłkarzy niż polski. Nie umiem powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Ale widać teraz po chłopakach w Polonii, że się cieszymy grą. Czegoś takiego nam wcześniej brakowało, nie byliśmy razem. Teraz już jesteśmy.
A sprowadzanie piłkarzy z zagranicy to również właściwy trend? - To nie zawsze jest konieczne. Dobry trener może pokazać z zawodnikami, których ma do dyspozycji, co jest wart.
Czy liczy pan szczególnie na to, że w tej rundzie się odbuduje. Teraz przechodzi pan pierwszy od dłuższego czasu okres przygotowawczy? - Latem w Kavali nie miałem go w ogóle, nie trenowałem na zgrupowaniach, zagrałem jeden sparing. W Polonii mam czas się odbudować, nawet w czasie urlopu pracowałem. Byłem u trenera-fizjoterapeuty w Holandii, który pomagał mi, kiedy miałem kontuzję kolana w 2002 roku. Płaciłem za to sam. To znakomity fachowiec, przyjeżdżają do niego również zawodnicy kadry holenderskiej, pod jego kierunkiem dochodzi do formy m.in. Robin Van Persie. Nie robiłem zresztą nic nadzwyczajnego, bo wszyscy w drużynie dostali plan, co mają robić podczas świątecznej przerwy, tyle że chciałem jeszcze bardziej kontrolować swój organizm. Czuję się bardzo dobrze, mogę wreszcie normalnie trenować.
Czy dziś pan wie, dlaczego nieco słabiej wypadł w rundzie jesiennej. Może dlatego, że za szybko zaczął pan grać od pierwszej minuty? - Zawsze chcę grać od początku, nie lubię siedzieć na ławce. Jak każdy piłkarz. Może za szybko to przyszło: bramki, powołania do kadry. Cały czas miałem jakieś drobne kontuzje. A to kolano, a to mięsień dwugłowy. Wystawianie mnie od pierwszej minuty nie było błędem, po prostu moje ciało źle zareagowało na moją chęć gry od pierwszej minuty.
Zarabia pan najwięcej w polskiej lidze, a strzelił tylko trzy bramki, często wypomina to panu prezes klubu. - Z prezesem odbyłem normalną rozmowę po sezonie. Nie było między nami konfliktu. On wie, że chcę pokazać dużo ze swej strony, ale rundę miałem trudną, bo dostawałem powołania do kadry, dotknęły mnie kontuzje.
Nie czuje pan jednak dodatkowej presji przed nadchodzącą rundą wiosenną, że nie strzeli pan 10 bramek i znów spotka się pan z krytyką? - Nie chodzi o to, żeby strzelać bramki, ale żeby Polonia wygrywała mecze. I tylko taka presja istnieje - presja zwycięstwa. Nigdy nie cieszę się z przegranych spotkań, w których strzeliłem gola. Dla trenera też to jest najważniejsze, żeby ktoś dograł piłkę partnerowi, który ma okazję do strzelenia bramki. Jedziemy teraz na kolejne zgrupowanie. Znów będę miał okazję do dobrego przygotowania, potem pójdę do fryzjera i zacznę sezon, myślę, że udany dla mnie.