Sport.pl

W Legii bez zmian

Kuba Dybalski
16.03.2010 , aktualizacja: 16.03.2010 22:52
A A A Drukuj
Stefan Białas nie odmienił Legii w dwa dni. Warszawiacy po słabym meczu przegrali 0:1 i za tydzień będą musieli zagrać o klasę lepiej, by nie odpaść z walki o Puchar Polski.
- Dzisiaj mój zespół stworzył sobie kilka sytuacji, ale znowu był problem ze skutecznością. Jest iskierka nadziei, że w następnym meczu coś strzelimy - stwierdził po meczu nowy trener.

Optymistami po meczu byli też piłkarze. - Musimy się wreszcie przełamać. Nie gramy źle, ale niestety brakuje nam wyników - ocenił Tomasz Jarzębowski.

Ale zwalanie winy na brak skuteczności przeradza się w zaklinanie rzeczywistości. Wczoraj w Chorzowie legioniści zaskoczyli jedynie nowymi rozwiązaniami kadrowymi. Choto wrócił do składu po dwóch meczach kary za czerwoną kartkę. Jakub Wawrzyniak, najmocniej krytykowany po ostatnich wpadkach nie znalazł się nawet na ławce rezerwowych. Zastąpił go Marcin Komorowski.

W środku pomocy obok Macieja Iwańskiego wystąpili rzadko ostatnio grający Tomasz Jarzębowski i Piotr Giza. Pierwszy lubował się w kilkudziesięciometrowych podaniach na skrzydło, które rzadko mu wychodziły. Drugi już w pierwszych trzydziestu minutach strzelał cztery razy i za każdym razem pudłował lub kiksował. Gizę Jan Urban na początku rundy posadził na ławce rezerwowych, choć przez poprzednie dwa sezony ufał mu bezgranicznie. Białas dał mu szansę, a Giza pokazał to co o nim wiadomo - że jest nieprzewidywalny. Potrafił błyskotliwie podać do wchodzącego w pole karne Radovicia i jednocześnie fatalnie skiksować przed bramką rywali.

Stefan Białas zmienił nazwiska, ale nie ustawienie. Zapowiadanych dwóch napastników nie zagrało bo Bartłomiej Grzelak i Marcin Mięciel rozchorowali się. - On miał temperaturę, ja potworny kaszel. Z dwojga złego zagrałem ja - wyjaśnił Mięciel. Na ostatnie dwadzieścia minut na boisko wszedł chiński napastnik Dong Fangzhuo i podobnie jak w sobotę był niewidoczny.

Cały czas jednak legioniści, jak w poprzednich spotkaniach wyglądali na zagubionych i niezdecydowanych. Gdy w 73. minucie Artur Sobiech strzelał gola, żaden z obrońców nie rzucił mu się pod nogi. Jakub Rzeźniczak i Dickson Choto przyglądali się napastnikowi Ruchu, a Inaki Astiz ograniczył się do zagrodzenia mu drogi. Sobiech postanowił strzelić zza Hiszpana i zasłonięty Jan Mucha, choć wyciągnął się jak długi nie sięgnął piłki.

Legii zabrakło elementów, do których nie potrzeba kilku lat pracy z trenerem i długiego szlifowania na treningu - biegania i skupienia na grze. Mecz był toczony w bardzo wolnym tempie. W obu drużynach piłkarze bez piłki najczęściej truchtali. Inna sprawa, że przygotowanie szybkościowe legionistów pozostawia wiele do życzenia. Gdy w pierwszej połowie uchodzący za sprintera Maciej Rybus musiał się ścigać z Krzysztofem Nykielem, obrońca Ruchu wyprzedził go po 20 metrach.

Zabrakło agresji i waleczności z pierwszego kwadransu meczu z Polonią Bytom. Legionistom zdarzały się błędy w przyjęciu i złe decyzje. W drugiej połowie Miroslav Radović wpadając w pole karne zamiast od razu podać do środka postanowił pobiec z piłka do końcowej linii gdzie Grodzicki wybił mu piłkę.

Poza porażką Legia może wrócić z Chorzowa z kontuzjami kluczowych piłkarzy. Maciej Iwański po starciu z rywalem złapał się za kolano i musiał zejść z boiska. Jan Mucha również narzekał na ból w kolanie po interwencji w 90. minucie ale musiał pozostać na boisku do końca meczu. Nie wiadomo jak poważne są to urazy.



Ruch Chorzów - Legia Warszawa 1:0 (0:0): Sobiech (76.)

Ruch: Perdijic - Nykiel, Grodzicki, Stawarczyk, Sadlok - Pulkowski, Scherfchen (46. Baran), Grzyb, Świerblewski (82. Janoszka), Zając (57. Sobiech) - Piech

Legia: Mucha - Rzeźniczak, Astiz, Choto, Komorowski (80. Kiełbowicz) - Radović, Jarzębowski, Iwański (67. Szałachowski), Giza, Rybus - Mięciel (80. Dong)

Podziel się