Koszykarza roku w regionie wybieraliśmy od 1998 roku. Pierwszym wyróżnionym był Piotr Szybilski, po nim szczególnie oklaskiwaliśmy Katarzynę Dulnik, Mariusza Bacika, Tomasza Suskiego, Waltera Jeklina (dwukrotnie), Erica Elliotta, Łukasza Koszarka (dwukrotnie), Grady'ego Reynoldsa, Grega Harringtona, Leszka Karwowskiego i Hardinga Nanę.
W tym roku nie wyróżnimy nikogo. Owszem, w styczniu
Nana został MVP meczu gwiazd w Kaliszu, a jego kolega z Polonii Darnell Hinson zdetronizował Andrzeja Plutę w konkursie rzutów za trzy punkty. W kwietniu Mateusz Ponitka z Politechniki został najlepszym strzelcem drużyny Reszty Świata najlepszych nastolatków globu w tradycyjnym meczu podczas Nike Hoop Summit w Portland, a w sierpniu i wrześniu w mistrzostwach Europy na Litwie jego klubowy kolega Piotr Pamuła trafiał bardzo ważne rzuty z dystansu przeciwko czołowym drużynom świata - Hiszpanii i Turcji.
Sęk w tym, że mimo tych spektakularnych, pojedynczych wyskoków był to smutny, bardzo smutny, najsmutniejszy od lat rok stołecznej koszykówki. Upadła Polonia, upada
Politechnika, a gwiazdy wyjechały lub niebawem wyjadą - Nana już poprzedni sezon kończył w Grecji, Hinson jest obecnie gwiazdą w Słupsku, a Ponitka i Pamuła zainteresowanie budzą, ale nie w
Warszawie, nie we własnym klubie. Tu nikt ich nie ogląda, tu nikt im nie płaci. Możliwe, że obaj ze stolicy wyfruną. I bardzo dobrze - najwyższy czas, jeśli chcą się rozwijać.
Od lat zastanawiam się, dlaczego w Warszawie nie udaje się stworzyć solidnej drużyny koszykówki, która - dobrze zarządzana i kierowana - walczyłaby o medale w mistrzostwach Polski, tak jak zespoły ze Zgorzelca, Włocławka, Słupska czy Starogardu. Problem jest oczywiście poważniejszy, bo w Warszawie nie ma wielkiego sportu poza piłkarskimi Legią i w mniejszym stopniu Polonią. Skoro koniec z końcem ledwo wiążą siatkarze Politechniki, to co dopiero koszykarze, piłkarze ręczni czy hokeiści warszawskich klubów?
Ale wróćmy do koszykówki - od 2004 r., w którym Polonia zdobyła drugi brązowy medal z rzędu, miała w składzie gwiazdy i była w stanie wypełnić Torwar tuż przed świętami, mieliśmy w Warszawie do czynienia z koszykarskimi półproduktami. Wiecznie zadłużona Polonia była w stanie "wyciągnąć" tyle pieniędzy z miasta i kierowanych przez nie spółek, ile politycznych wpływów miał jej prezes, były prezydent Warszawy Wojciech Kozak. A że te malały, to malał i
budżet "Czarnych Koszul". W sierpniu zarząd ligi koszykarzy nie dopuścił Polonii do rozgrywek, mając dość bajek o sponsorze, z którym "właśnie dopinamy szczegóły", i o pieniądzach na wyrównanie długów, które "właśnie wpłacamy w banku, stojąc tuż przy okienku".
Polonia znikła, choć - jak głosi październikowe oświadczenie na stronie internetowej klubu - tylko na rok. "Wbrew tym, którzy ogłosili już naszą agonię, wrócimy do Ligi za rok. Nadchodzący czas poświęcimy na dokończenie naszych rozliczeń, tak aby jak najszybciej spłacić całe nasze zadłużenie oraz zorganizować stabilne finansowanie, by móc znowu ubiegać się o należne Warszawie miejsce w hierarchii polskiej koszykówki". I nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać...
Nie wiadomo też, czego życzyć Politechnice, o której długach, finansowej zapaści i prawdopodobnym wycofaniu z rozgrywek słyszymy od miesiąca. O jej prezes Jolancie Doleckiej mówi się, że nosi klub w torebce albo że jest Kozakiem w spódnicy. Trudno ocenić, czy to pochwała, czy przytyk, ale fakty są takie, że pomysłu na prowadzenie dwóch sekcji w ekstraklasie nie ma. Pomysłu, który przyniesie Politechnice pieniądze lub przynajmniej zapełni halę. Ot, gramy, żeby grać.
Koszykarska drużyna Politechniki to twór niechciany. Twór to słowo brzydkie, ale właśnie w ten sposób mówią o nim założyciele. Walter Jeklin, który razem z trenerem Mladenem Starceviciem stworzył świetny pion sportowy, ale jako prezes tworu nie zbudował klubu. Prawdziwego, który dba nie tylko o zawodników, ale także kibiców, sponsorów. Jarosław Popiołek, który przekazywał na zespół pieniądze Mostostalu
Warszawa i jego podwykonawców, angażować się chciał, ale tylko wtedy, jeśli zaangażuje się miasto. Popiołek chciał budować klub, jeśli dostałby zlecenie budowy hali. Nie dostał.
I Warszawa nie ma nic. Hali, klubu i drużyny z prawdziwego zdarzenia. I obym się mylił, ale nie będzie jej miała nawet, jeśli w przyszłym sezonie wróci Polonia albo jeśli teraz jakimś cudem przetrwa Politechnika. Odgrzewane kotlety są nieświeże, by coś stworzyć, potrzeba nowych ludzi i nowego otwarcia. A takich perspektyw nie widać.
I jak w takiej sytuacji wybierać koszykarza roku?