Politechnika i ŁKS to tegoroczni beniaminkowie, którzy zaskoczyli wygranymi na początku sezonu, ale w ostatnich spotkaniach dołują - warszawiacy przegrali pięć meczów z rzędu i mają bilans 2-7, łodzianie trzy kolejne spotkania przegrywali średnio różnicą 32 punktów i z wynikiem 2-8 są najgorsi w lidze.
Gracze Politechniki prezentowali ostatnio lepszy styl gry niż ŁKS - warszawiacy w kilku spotkaniach do ostatnich minut prowadzili wyrównaną grę z rywalami. - Ciężko postawić diagnozę, dlaczego przegrywamy. Wydaje się, że jesteśmy skoncentrowani, że wszystko robimy jak trzeba i nagle coś dzieje się nie tak - mówił po ostatniej porażce Mateusz Ponitka. 18-letni skrzydłowy, jeden z największych talentów polskiej koszykówki, z meczu na mecz gra coraz lepiej i coraz efektowniej.
Problemem Politechniki są straty - średnio 14,6 na mecz to najwięcej w lidze - z których często wynikają wspomniane przez Ponitkę przestoje. Szczególnie w momentach, kiedy bardziej doświadczone i lepsze zespoły wzmacniają obronę w drugiej połowie lub w końcówce meczu. Sęk w tym, że ŁKS dobrze bronić nie potrafi - w ostatnich czterech spotkaniach łodzianie tracą po blisko 100 punktów na mecz!
ŁKS nie broni, a na dodatek ma kłopoty w ataku, bo w słabszej formie są jego amerykańscy liderzy - skrzydłowy Jermaine Mallett, który po czterech kolejkach był najlepszym strzelcem ligi, w trzech ostatnich meczach zdobył w sumie zaledwie 13 punktów. Gorzej grają także rozgrywający B.J. Holmes oraz podkoszowy Kirk Archibeque. Polscy gracze ŁKS na razie słabo wspierają zagranicznych liderów.
Koszykarze Politechniki, którzy obserwowali ostatni mecz ŁKS (porażka 70:94 z Siarką u siebie), zwrócili uwagę na fakt, że łodzianie wyglądali na zupełnie nieprzygotowanych na taktykę i zagrywki rywali. Jeśli jednak będą próbowali przygotować się na Politechnikę, to może być im niełatwo, bo Politechnika nie ma jednego lidera, z gra zespołowo.
Warszawiacy to najbardziej wyrównany zespół w lidze - wielu graczy jest w stanie zdobyć ponad 10 punktów. Należą do nich Piotr Pamuła (12,3 punktu na mecz), Ponitka (10,8), Michał Nowakowski (10,2) czy Leszek Karwowski (7,9). Nieźle prowadzi grę i wiele asyst ma rozgrywający Łukasz Wilczek, o zbiórki walczą i zdobywają punkty Patryk Pełka i Marcin Kolowca, z dystansu trafia Michał Michalak, w każdym elemencie pomaga Jarosław Mokros. Problem Politechniki polega jednak na tym, że wszystkim poza Karwowskim brakuje doświadczenia, czasem siły przebicia, a na pewno umiejętności bycia liderem w krytycznych momentach spotkania.
Politechnice mógł pomóc przed meczem z ŁKS długi wypoczynek, bo po ostatnim występie w Tarnobrzegu 10 listopada, warszawiacy mieli do niedzielnego spotkania aż 10 dni przerwy. Nie zdołał wyleczyć w tym czasie kostki Nowakowski, ale zespół miał szansę spokojnie potrenować. - Ostatnio byliśmy zmęczeni głównie tym, że na początku sezonu głównie graliśmy na wyjeździe i to w całej Polsce. Zaczynając od Słupska i Kołobrzegu, kończąc na
Wrocławiu i Zgorzelcu. Do tego doszła intensywność spotkań, bo w tym sezonie gra się praktycznie, co trzy dni, co odbiło się na naszym dość wąskim, bo liczącym 10 osób składzie - tłumaczył w rozmowie z oficjalną stroną ligi rezerwowy rozgrywający Politechniki Marek Popiołek.
Politechnika po raz pierwszy w tym sezonie zagra w hali Koło, bo klub zrezygnował z organizacji meczów na Torwarze tłumacząc się zbyt wysokimi kosztami. Popiołek uważa, że zmiana może wyjść drużynie na dobre: - Na Torwarze nie mieliśmy zbyt wielu treningów. Na Kole czujemy się jak w domu. Można powiedzieć, że wreszcie zagramy u siebie. Czujemy tą halę dosyć dobrze. Graliśmy tam przecież dwa lata temu, kiedy miała miejsce nasza pierwsze przygoda z ekstraklasą. Mamy nadzieję, że ten obiekt - mniejszy niż Torwar - będzie zapełniony przez kibiców - mówi koszykarz.
Początek spotkania w hali Koło przy ul. Obozowej 60 w niedzielę o 18.