Sport.pl

Dominik Czubek o swoich wzlotach i upadkach: Nie można być miękkim

Rozmawiał Łukasz Cegliński
16.11.2011 , aktualizacja: 16.11.2011 13:34
A A A Drukuj
- Najwięcej śmiechu było zawsze wtedy, kiedy nowi koledzy w drużynie po kilku dniach, a nawet tygodniach orientowali się, że Czubek to moje nazwisko, a nie pseudonim wynikający z zachowania - mówi Sport.pl 36-letni Dominik Czubek, ostatni pruszkowski koszykarz pamiętający mistrzowskie lata.
Dominik Czubek rzuty wolne wykonuje z łatwością
Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Dominik Czubek rzuty wolne wykonuje z łatwością
Czubek, mierzący ledwie 174 cm wzrostu zadziorny gracz o wielkim sercu, kilkanaście dni temu zdobył dla pierwszoligowego Znicza Basket Pruszków aż 31 punktów w wygranym na wyjeździe meczu w Radomiu, a potem rzucił 16 i miał 11 asyst w zwycięskim spotkaniu z Sudetami Jelenia Góra. Jest w zadziwiająco dobrej formie.

Łukasz Cegliński: Od kilku lat obiecywałem sobie, że jak skończysz karierę, to zrobię z tobą długi wywiad o koszykówce, szczególnie tej z Pruszkowa. Ale skoro ciągle grasz, to robimy go teraz.

Dominik Czubek: Gram tak długo, że nie wyobrażam sobie, co będzie, jak przestanę. Nawet się tego boję... Kiedyś sobie powiedziałem, że będę grał, dopóki ktoś będzie chciał, żebym ja grał, dopóki będę się czuł na siłach i dopóki będę wiedział, że się nie kompromituję. Uważam, że na razie jest nieźle, a w tym sezonie to nawet jestem zaskoczony, że idzie mi tak dobrze.

Pod koniec października Tyrice Walker napisał ci na Facebooku, żebyś wziął się do roboty.

- No i skorzystałem z tej miłej rady. Z tych dobrych pruszkowskich czasów zostało nas właściwie dwóch z Leszkiem Karwowskim, którzy jeszcze grają i obaj dajemy radę. I chyba będzie tak dalej, dopóki zdrowie pozwoli. Z każdym sezonem coraz bardziej czuję każdy trening i każdy mecz, coraz trudniej mi odpalić maszynerię, żeby zacząć biegać. Na szczęście jest jeszcze serce, które ją napędza.

I to jak! Te 31 punktów w Radomiu sprzed kilkunastu dni zdobyte przez prawie 37-letniego zawodnika, zrobiły wrażenie.

- Zrobiły, ale akurat tak się mecz ułożył. Miałem szczęście, bo było dużo fauli i aż 12 razy rzucałem wolne. Trafiłem wszystkie, co trudne nie było, bo przecież rzuty wolne są łatwe i powinno się je trafiać z jak najwyższą skutecznością. Rzuty z gry też mi wpadały, a grałem długo, bo mieliśmy w drużynie i urazy, i faule. Spędziłem na boisku prawie 40 minut, co też jest zaskakujące, ale nie czułem się bardzo zmęczony. Myślę, że szybko taki mecz już mi się nie powtórzy.

Pamiętasz swój punktowy rekord?

- Tak, kiedyś w trzecioligowych rezerwach MKS MOS rzuciłem w Giżycku chyba 64 punkty. Ale to też był wyjątkowy mecz, bo pojechaliśmy na niego w pięciu, z czego tylko jak i Piotrek Trociński byliśmy doświadczeni, a resztą była młodzież. Wiadomo było, że przegramy i przegraliśmy, ale ja rzuciłem gdzieś 80 proc. punktów drużyny. Pamiętam, że w Giżycku grał wówczas znany z Polonii Piotrek Wiktorowski.

A rekordy z młodzieżowych drużyn MKS MOS? Miałeś okazję grać akurat w niezłym roczniku.

- Mi to jakoś zdobywanie punktów nigdy nie sprawiało problemu - niejednokrotnie rzucałem po 40 czy więcej. Byliśmy ciekawą drużyną, a w której rzucanie było często na mojej głowie.

Mieliście w juniorach dwóch liderów - Michała Woźniaka i ciebie. O Woźniaku mówiło się, że jest tytanem pracy, o tobie, że masz dużo talentu, ale na treningach czasami cię nie ma.

- Może jak byłem młodszy, jak byłem juniorem, czy kadetem, to mogło się zdarzać, że nie przyłożyłem się do treningu. Ale jakiś licznych absencji nie pamiętam, bo ja koszykówką żyłem i żyję do dziś. Mogłem nie wychodzić z sali, choć takim pracoholikiem jak Michał nie byłem. Miałem może trochę więcej szczęścia niż on.

Trenowałem w tym samym klubie, co ty, w jednym z młodszych roczników. I pamiętam, że budziłeś w nas postrach - byłeś takim małym zabijaką, z długimi blond lokami, niewyparzoną gębą, którą pyskowałeś zawodnikom, trenerom i sędziom. Czubka można się było bać.

- Mam swój charakter, nigdy nikomu nie ustępowałem, nigdy niczego się nie bałem. Zdarzało się, że dostawałem po buzi, ale nie było sytuacji, że się cofałem. Taki się urodziłem, tak dorosłem. Byłem pyskaty, nieuprzejmy i dużo na boisku gadałem, ale sprowadził mnie w końcu na ziemię pan Chmiel [Alojzy, nieżyjący już wieloletni przewodniczący Wydziału Gier i Dyscypliny PZKosz], który po transferze do Białegostoku zawiesił mnie na starcie sezonu na pięć meczów. To mnie wiele nauczyło, od tamtej pory liczba fauli technicznych za dyskusję w moim wykonaniu zdecydowanie się zmniejszyła.

Za co dostałeś takie zawieszenie?

- Za całokształt mojej gry w Zgierzu, gdzie przez cały sezon gromadziłem faule techniczne i dyskwalifikacje.

A pamiętasz, jak na początku lat 90., po porażce w Olsztynie zdjąłeś spodenki i wypiąłeś tyłek w kierunku publiczności?

- Obecny prezes Znicza Mirosław Krysztofik przypomina mi to regularnie... W Olsztynie przegraliśmy mecz juniorów, nasza drużyna była sfrustrowana porażką, publiczność była dla nas bardzo niemiła, no i zsunąłem trochę spodenki... Na pewno nie wypiąłem się na cały świat, pokazałem tylko fragment pośladków. Błędy młodości.

Podziel się