To pierwsze powołanie od Franciszka Smudy dla Komorowskiego. Czterokrotny reprezentant Polski, który poprzednie spotkania rozegrał w kadrze Leo Beenhakkera, może zagrać przeciwko Korei w Seulu w piątek albo przeciwko Białorusi w niemieckim Wiesbaden w następny wtorek. Ostatni raz w biało-czerwonej koszulce Komorowski wystąpił w czerwcu 2009 roku przeciwko Irakowi w trakcie zgrupowania w RPA.
Robert Błoński: Spodziewał się pan powołania? Marcin Komorowski: Na razie chętnie będę rozmawiał, ale o Legii. Bo w niej gram. A do reprezentacji to ja nawet nie wiem, czy się nadaję. Polecę, rozejrzę się i jeśli trener Smuda powoła mnie na listopadowe sparingi [z Włochami we
Wrocławiu i Rosją albo Irlandią w
Poznaniu - rb], wtedy możemy mówić o kadrze. Na razie jest dla mnie niewiadomą.
Kiedy się pan dowiedział o powołaniu, to pomyślał, że ktoś pana próbuje "wypuścić"? - Nie, informacja była z pewnego źródła. Dobrze, że w Korei nie obowiązują nas wizy i mogę lecieć bez żadnych problemów. Ale to już było ostatnie zdanie o kadrze.
Jakie miał pan plany na najbliższe dwa tygodnie? - Myślałem, że spędzę je, trenując z Legią na przygotowaniach się do październikowych meczów w lidze i pucharach. W planach jest m.in. sparing z ŁKS.
Zgodzi się pan, że grą w tej rundzie zasłużył na powołanie do kadry? - Na razie za nami dopiero połowa rundy, więc na pochwały przyjdzie czas. Jako obrońca cieszę się, że w drugim z kolei meczu ligowym nie straciliśmy bramki, że w czwartek pokonaliśmy 3:2 Hapoel Tel Awiw w grupie Ligi Europejskiej. Choć akurat przeciwko drużynie z Izraela nie grałem zbyt dobrze.
Ale strzelił pan w nim gola z karnego. - Pierwszy do wykonania jedenastki jest
Ivica Vrdoljak. Kapitan został zmieniony w przerwie, więc do piłki podszedłem ja. Czułem się pewnie, nogi nie zadrżały. Osiem dni wcześniej wykorzystałem jedenastkę w pucharowym spotkaniu z Rozwojem II
Katowice.
Był taki moment w tej rundzie, przed rewanżem ze Spartakiem, że stracił pan miejsce w składzie... - W Moskwie musiałem pauzować za żółte kartki i w spotkaniu ze Śląskiem, które graliśmy tuż przed rewanżem decydującym o naszym awansie do grupy LE, trener spróbował innego rozwiązania. Chłopakom poszło w Rosji, więc w kolejnym meczu, z ŁKS, trener nie zmienił stoperów. Nigdy się nie cieszę, kiedy siadam na ławce rezerwowych, a tak było jeszcze w derbowym spotkaniu z Polonią. W czterech ostatnich meczach wystąpiłem po 90 minut. Można powiedzieć, że wszystko wróciło do normy.
I Legia wygrała te cztery mecze. W niedzielę przeciwko Wiśle zagrała na dobrym poziomie w pierwszej i drugiej połowie. - Nareszcie. Wcześniej byliśmy krytykowani za nierówną grę. Zarzucano nam, że stać nas na dobry występ tylko w jednej połowie. Albo że w ogóle "knocimy" całe spotkanie. W zagraliśmy dwie równe, dobre połowy. U wiślaków brakowało ofensywnie grających Meliksona i Małeckiego, ale my też nie byliśmy w pełnym składzie. Po kontuzjach są Manu i Michał Kucharczyk, do końca roku nie zagra Michał Hubnik. Od początku szansę dostał 19-letni Michał Żyro. Wydaje mi się, że bilans strat był równy.
Rok temu Legia przegrała w Krakowie 0:4. Ma pan poczucie, że wygraną 2:0 wyrównaliście rachunki z wiślakami? - Nie. Wyrównany dopiero, gdy odbierzemy jej tytuł.
Przestawił się pan już do grania w środku obrony? Wcześniej grał pan z lewej strony. - Myślałem, że będzie trudniej, ale daję radę. Choć w tej rundzie grałem dwa razy z lewej strony. Z Rozwojem II Katowice w Pucharze Polski i tym nieszczęsnym meczu z Podbeskidziem u siebie. Przegraliśmy 1:2 i uwiera nas to jak drzazga za paznokciem. Takie "klopsy" nie powinny się zdarzać.
Mecz z Podbeskidziem był po dwutygodniowej przerwie na sparingi reprezentacji. Po powrocie z Korei i Niemiec Legię czeka ciężki mecz w Chorzowie. Nie boi się pan kolejnej porażki? - Wiem, co się stało, pamiętam, jak się wtedy czułem i zapewniam, że ani ja, ani koledzy nie chcemy powtórki z września.