Sport.pl

Marsz, marsz Dylewicz, z ziemi włoskiej do Polski

Grzegorz Kubicki
28.07.2010 , aktualizacja: 28.07.2010 15:30
A A A Drukuj
Powrót Filipa Dylewicza do Polski to świetna wiadomość dla Trefla Sopot i całej ligi. Zła dla... Dylewicza - pisze Grzegorz Kubicki z "Gazety"
Filip Dylewicz
Fot. Dominik Sadowski / AG
Filip Dylewicz
Filip Dylewicz
fot. Dominik Sadowski / AG
Filip Dylewicz
Filip Dylewicz
Fot. Dominik Sadowski / AG
Filip Dylewicz
Podpisanie kontraktu z Dylewiczem to sukces klubu z Sopotu. Do drużyny, która funkcjonuje dopiero od roku, dołączył kapitan reprezentacji Polski, jedna z najjaśniejszych postaci naszej koszykówki. Dylewicz z miejsca powinien zostać gwiazdą Trefla, mocno wyróżniającym się graczem całej ligi. Zwłaszcza, że od trenera Karlisa Muiznieksa dostanie pewnie dużo minut do grania (i to wcale nie dlatego, że przepisy wymuszają grę Polaków), w końcu będzie miał mnóstwo czasu na pokazanie tego, co potrafi. Bo odnoszę wrażenie, że cały czas tego nie zrobił, że mimo upływających lat nie uwolnił dużego potencjału, jaki ma. Grając w Prokomie Dylewicz był tylko jedną z wielu (kilku) gwiazd, a nawet gwiazdą drugiego planu. Teraz będzie graczem nr 1, to od niego będą wymagali najwięcej, to na jego barkach będzie spoczywała odpowiedzialność za wynik.

***

Ale szybki powrót Dylewicza do Polski tak samo mnie ucieszył, co zdziwił i rozczarował. Przecież kiedy rok temu koszykarz opuszczał zespół Prokomu i przechodził do Air Avellino, wyjeżdżał na podbój Europy. Wrócił jednak szybciej, niż wyjechał i sam jest tym faktem rozczarowany.

W poprzednim sezonie rozmawiałem z Dylewiczem dwa razy - pierwszy raz jeszcze w trakcie rozgrywek ligi włoskiej, drugi już po zakończeniu sezonu.

W środku ligi, pytany o to, jak mu się gra we Włoszech, koszykarz odpowiadał: - Jest rewelacja. Dobrze, że wyjechałem z Polski, żałuję tylko, że zdecydowałem się na to tak późno. Gram średnio 25 minut w meczu, trener mi ufa, mamy dobry zespół. Grę w serie A zacząłem z czystą kartą i tylko od mojej gry zależy, co będą o mnie mówić.

Już po zakończeniu sezonu Dylewicz nie ukrywał: - Mam za sobą fajny sezon. Co prawda skończyliśmy ligę na 9. pozycji i w ostatniej chwili nie zakwalifikowaliśmy się do play-off, ale w klubie i tak byli zadowoleni. Przed sezonem nikt nie przypuszczał, że będziemy grali tak dobrze, że będziemy tak blisko awansu do ósemki.

Na pytanie, czy zostanie we Włoszech, odpowiedział: - Chciałbym. Myślę, że zostawiłem po sobie dobre wrażenie, choć statystyki mogłem mieć lepsze. Ale teraz muszę czekać. Włoskie kluby nie spieszą się z budowaniem zespołu, na jakieś konkrety będą musiał poczekać nawet miesiąc.

A o swoim powrocie do ligi polskiej wypowiadał się następująco: - Dzwonią do mnie kluby z Polski, miałem już nawet jedno spotkanie. Ale w pierwszej kolejność chciałbym zostać w lidze włoskiej i poczekam, aż wyjaśni się tam moja sytuacja.

***

Ale Dylewicz we Włoszech nie został. Nie dostał oferty, więc wrócił do Polski i to nie do jednej z drużyn, które rządzą polską ligą od kilku lat (Prokom, Anwil, Turów), ale do powstającego od zera (mam na myśli drużynę, którą przed rokiem trzeba było budować od podstaw), wciąż raczkującego, choć rozpędzającego się Trefla.

Z jednej strony łatwo to zrozumieć - do Trójmiasta jest Dylewiczowi najbliżej, a gra w Prokomie nie wchodziła w rachubę, bo nie chciał tego ani zawodnik ani klub. Z drugiej - Dylewicz musi być rozczarowany, bo liczył pewnie na coś więcej. Zarówno sportowo, jak i finansowo.

Jeszcze w połowie lipca dyrektor sportowy Trefla Tomasz Kwiatkowski mówił: "Mimo całej sympatii, jaką Dylewicz przejawia do naszego klubu, nie sądzę by był zainteresowany grą w Polsce. (...) Obawiam się, że żaden klub w naszym kraju, poza Prokomem, nie byłby w stanie spełnić jego oczekiwań finansowych".

A jednak Treflowi się udało. Ale nie dlatego, że znalazł dodatkowe środki i spełnił wysokie jak na ligę polską oczekiwania finansowe Dylewicza (w Prokomie zarabiał blisko 200 tys. euro za sezon). Trefl zatrudnił reprezentanta Polski, bo koszykarz - widząc malejące szanse na znalezienie pracy za granicą - zgodził się na niższy kontrakt. Nieoficjalnie mówi się, że zarobi w Sopocie ok. 100 tys. euro.

Dylewicz diametralnie zmienił też ocenę swojego ostatniego sezonu we Włoszech. - Ostatni rok nie był dla mnie udany. W drużynie przydzielono mi rolę, której wcześniej nigdy nie wykonywałem. Nie było szans, aby pokazać się z jak najlepszej strony - tłumaczył podczas oficjalnego podpisywania umowy w Sopocie.

30-letni koszykarz za granicę już raczej nie wyjedzie. O wyjeździe powtarzał przez lata, ale kiedy już w końcu spróbował, szybko się sparzył, po sezonie wrócił do kraju. I niech już w Polsce zostanie, bo tylko tu może odegrać znaczącą rolę. A na jego grze skorzysta na pewno Trefl i cała liga.



6 - tyle pkt. zdobywał średnio w lidze włoskiej

4,6 - a tyle miał zbiórek

10,1 - tyle pkt. rzucał średnio w swoim ostatnim sezonie w PLK

7,2 - a tyle miał zbiórek

Podziel się

PLK 2011

lpdrużynaz-ppkt.
GRUPA I (1-6)
1Asseco Prokom8 - 21.800
2Trefl Sopot25 - 91.735
3Anwil Włocławek22 - 121.647
4Zastal Zielona Góra21 - 131.618
5Energa Czarni Słupsk20 - 141.588
6PGE Turów Zgorzelec19 - 151.559
GRUPA II (7-14)
7Śląsk Wrocław25 - 1363
8AZS Koszalin23 - 1561
9Kotwica Kołobrzeg18 - 2056
10Siarka Jezioro Tarnobrzeg17 - 2155
11Polpharma Starogard Gd.15 - 2353
12PBG Basket Poznań11 - 2749
13AZS Politechnika Warszawska11 - 2748
14ŁKS Łódź7 - 3144