Oliver Lafayette - średnio 25 minut, 10,7 pkt., 3,3 asysty Amerykanin miał już doświadczenie euroligowe, bo w poprzednim sezonie rozegrał w tych rozgrywkach sześć spotkań (m.in. przeciwko Prokomowi) w barwach Partizana Belgrad. Rzucał 8,5 pkt., miał 3,3 asysty i serbski klub się z nim rozstał. W tym sezonie Lafayette poprawił średnią punktów na 10,7 (średnią asyst ma identyczną), ale to głównie dzięki udanemu początkowi rozgrywek. W żadnym z pierwszych sześciu meczów Lafayette, choć każde z tych spotkań zaczynał z ławki (i tak już zostało do końca), nie rzucił mniej niż 12 pkt. Potem było już jednak znacznie gorzej - w żadnym z czterech ostatnich spotkań Amerykanin nie przekroczył granicy 7 pkt. Najlepszy mecz zagrał w Sienie - rzucił 16 pkt. i miał siedem asyst.
Łukasz Seweryn - 15 minut, 5,2 pkt., 0,2 asysty On tak długo w Eurolidze nie grał jeszcze nigdy, choć dwa lata temu wszedł na kilka minut nawet w historycznej, ćwierćfinałowej rywalizacji Prokomu z Olympiakosem Pireus. W tym sezonie zagrał we wszystkich 10 meczach, w tym aż 27 minut z Unionem Olimpiją Lubljaną, jedynym spotkaniu, które Prokom wygrał. Rzucił w nim 12 pkt. (jego rekord w Eurolidze), trafił 4 z 10 trójek i był jednym z najlepszych strzelców w swojej drużynie. Najlepszym (10 pkt.) był tydzień wcześniej, w spotkaniu z Barceloną. Seweryn jest jednak monotematyczny, bo w Eurolidze skupił się niemal wyłącznie na rzutach z dystansu. Oddał ich aż 38, a tymczasem rzutów za dwa zaledwie siedem!
Jerel Blassingame - 21 minut, 5,4 pkt., 4,5 asysty Debiutował w Eurolidze i najwięksi optymiści, a właściwie niepoprawni hurraoptymiści, widzieli w nim nawet nowego Bo McCalebba (obecnie gra w Montepaschi Siena). Ale Blassingame McCalebbem nie został i nigdy nie zostanie. Amerykanin wszystkie mecze zaczął w pierwszej piątce, ale grał bardzo nierówno, najmniej równo z całego zespołu. Dobre miał zwłaszcza tylko początki spotkań, potrafił błysnąć genialną kontrą czy asystą (z Uniksem Kazań i Galatasaray
Stambuł miał ich osiem), by za chwilę popełnić serię trzech prostych błędów. Był szybki, w lidze polskiej na pewno znów trudno go będzie dogonić, ale na Euroligę to za mało. A jego największą wadą były kłopoty w obronie, gdzie mierzący 174 cm Amerykanin miał problemy z kryciem każdego wyższego rywala.
Donatas Motiejunas - 31 minut, 12,5 pkt., 7,9 zbiórki Największa gwiazda Prokomu. To on grał, rzucał i zbierał najwięcej. 21-letni Litwin, który w tym roku został wybrany w drafcie do
NBA, jest graczem przyszłości i już w tym sezonie wielokrotnie to udowodnił. Dwa mecze Euroligi kończył z double-double (dwucyfrowy wynik w dwóch statystykach) - z Galatasaray Stambuł miał 22 pkt. i 10 zbiórek, a z Unionem Olimpija Lubljana - 11 pkt. i aż 21 zbiórek! Swój rekord punktowy ustanowił jednak w wyjazdowym spotkaniu z silnym Montepaschi Siena, któremu rzucił 26 pkt. Ale i młody, zdolny Litwin miał w tym sezonie mocne wahania formy. Momentami zbyt bardzo unikał walki pod koszem (głównie w ataku), szukał punktów z obwodu, oddał aż 46 rzutów za trzy. A wybitnym strzelcem z dystansu to on nie jest. Jeszcze gorzej było jednak z wolnymi - Motiejunas trafił tylko 15 z 33 osobistych, co daje wstydliwą skuteczność poniżej 50 proc. (dokładnie 45,4).
Fiedor Dmitriew - 7 minut, 0,9 pkt., 1 zbiórka Krótko i na temat - dramat! Przyszedł z Chimek, w których w poprzednim sezonie zagrał już epizodu w pięciu meczach Euroligi. W Prokomie Rosjanin wchodził właściwie tylko po to, by dać odpocząć Motiejanusowi (najdłużej zagrał w ostatnim meczu z Montepaschi Siena, na 15 minut), ale nie robił nic, by wywalczyć sobie dodatkowe minuty na parkiecie. Wręcz przeciwnie - irytował swoją grą i sprawiał, że zmęczony Litwin szybko musiał wracać na boisko. Dmitriew dał się zapamiętać tylko z jednej akcji, kiedy w ważnym momencie meczu w Stambule, kiedy Prokom niespodziewanie mógł dobić rywala, nie trafił stojąc sam pod koszem. Zaraz potem rozpoczął się skuteczny pościg gospodarzy.
Przemysław Frasunkiewicz - 15 minut, 2,3 pkt., 1,1 zbiórki Aż trudno uwierzyć, że koszykarz, który był gwiazdą Trefla
Sopot w latach 90. (!), a potem grał w Szczecinie, Inowrocławiu i Słupsku, został nagle graczem etatowego mistrza Polski. I to euroligowym! Frasunkiewicz zadebiutował w tych rozgrywkach i choć na początku grał tylko epizody, to po ucieczce Alonzo Gee i kłopotach Prokomu na pozycji niskiego skrzydłowego, jego rola w zespole cały czas rosła. A w jedynym wygranym meczu z Unionem Olimpija Lubljana grał nawet ponad 33 minuty i rzucił 12 pkt. (4/6 za trzy). Frasunkiewicz mógł też zostać bohaterem meczu z Uniksem Kazań w Gdyni, kiedy zupełnie niespodziewanie to jemu - choć grał wtedy tylko osiem minut - Tomas Pacesas powierzył oddanie decydującego rzutu. Frasunkiewicz spudłował za trzy.
Adam Łapeta - 20 minut, 4,7 pkt., 4,3 zbiórki Zaczął, jak w sześciu poprzednich sezonach - źle i bojaźliwie. W końcu się jednak przełamał i zagrał kilka niezłych spotkań, w których wykorzystywał nie tylko swoje 217 cm. Swojego rekordu punktów (11 w poprzednim sezonie z Caja Laboral Vitoria) nie pobił, ale w przekroju całego sezonu był lepszy niż Adam Hrycaniuk. W końcu angażował się w grę, walczył (z Unionem Olimpija Lubljana miał 11 zbiórek) i choć jego zagrania nie raz były irytujące (zwłaszcza, kiedy nie mógł złapać piłki), to grał lepiej, niż się po nim spodziewano przed sezonem. Ale i tak mocno przeciętnie.
Przemysław Zamojski - 18 minut, 5,7 pkt., 1,6 zbiórki Spore rozczarowanie. Co prawda dwa ostatnie lata stracił z powodu kontuzji, ale wydawało się, że po świetnej grze i skuteczności w przedsezonowych sparingach, to może być w końcu jego rok. Zwłaszcza, że zaraz po starcie sezonu Prokom zwolnił teoretycznie podstawowego rzucającego obrońcę Davina Browna. Ale Zamojski szansy nie wykorzystał. Źle zaczął sezon i z każdym kolejnym meczem w jego grze było coraz więcej chaosu, nerwów i strachu. Bał się rzucać, choć kiedy już to w końcu robił, to trafiał. Miał 15 punktów z Galatasaray Stambuł, 12 i 11 z Montepaschi Siena. W Gdyni liczyli jednak na więcej, na to, że dzięki dobrej grze ambitnego Zmojskiego dziura na pozycji nr 2 nie będzie aż tak widoczna. Była.
Piotr Szczotka - 16 minut, 2,6 pkt., 1,8 zbiórki Duży spadek. Koszykarz, który grał już w Eurolidze czwarty sezon, nigdy nie był wirtuozem ataku, ale w poprzednich latach potrafił być pożyteczny. Będąc zmiennikiem takich gwiazd, jak np.
Qyntel Woods, potrafił dać dobrą zmianę, agresywnie kryć, powalczyć o zbiórki. W tym sezonie, choć po ucieczce Gee jego jedynym konkurentem na pozycji niskiego skrzydłowego był Przemysław Frasunkiewicz, Szczotka był kompletnie zagubiony. Właściwie od samego początku, od powrotu z Eurobasketu na Litwie. Polski skrzydłowy starał się, nadal walczył ambitnie, ale efekty były dużo słabsze niż w ubiegłych latach. A w ataku? Jak zawsze słabiutko, jego rekord to 6 pkt. w Sienie.
Michael Kuebler - 7 minut, 2,9 pkt., 0,4 zbiórki Podobnie, jak w przypadku Przemysława Frasunkiewicza, ciężko uwierzyć, że jest koszykarzem mistrza Polski i co więcej - grał w Eurolidze. Co prawda niewiele, ale grał. Na boisku pojawił się w ośmiu meczach, a w jednym z nich - u siebie z Unikisem Kazań - o mało nie został bohaterem. Rzucił 15 pkt., a Prokom był dzięki temu bliski sprawienia sensacji. Z Uniksem Kuebler zagrał 19 minut, ale wcześniej i później występował znacznie krócej. Drugi wynik to ponad osiem minut z Unionem Olimpiją Lubljana, któremu rzucił 6 pkt.
Adam Hrycaniuk - 21 minut, 6 pkt., 4,7 zbiórki Największy zawód. Dla niego był to już czwarty z rzędu sezon w Eurolidze, w poprzednich był tylko zmiennikiem i uzupełnieniem bardziej doświadczonych, zagranicznych środkowych (ostatnio Ratko Vardy). W tym roku, z powodu małego
budżetu, Prokom nie miał pieniędzy na klasowego centra, więc wielką szansę dostał Hrycaniuk. Ale kompletnie jej nie wykorzystał. Co z tego, że miał najwyższą średnią punktów w historii swoich występów w Eurolidze, kiedy spodziewano się po nim więcej. Zwłaszcza, że sezon zaczął od świetnej gry i 15 pkt. z Galatasaray Stambuł. Potem było dramatycznie. Granica 6 pkt. była nie do przeskoczenia, zdarzały się takie wpadki, jak 0/7 czy 1/6 z gry z Barceloną, 1/7 z Montepaschi Siena, 2/8 z Unikisem Kazań, dochodziły kolejne pudła spod kosza. Obudził się dopiero w ostatnim meczu z Montepaschi, pobił swój euroligowy punktowy rekord (16), ale wtedy wszyscy byli już myślami przy świątecznym stole.
W tym sezonie w Prokomie w Eurolidze zagrali jeszcze Alonzo Gee, który po trzech meczach (rzucał w nich średnio 11 pkt.) uciekł z Gdyni, Devin Brown, którego klub zwolnił już po pierwszym spotkaniu, i Sławomir Sikora, który wszedł na dwie ostatnie minuty ostatniego meczu z Montepaschi Siena.