Po meczu Korona - Lechia mam mieszane uczucia i niezły mętlik w głowie. Z jednej strony piłkarzom z Gdańska należy się szacunek, bo po raz kolejny w tym sezonie wyrwali rywalowi zwycięstwo, a w tym przypadku nawet remis, mimo iż przegrywali 0:2. Z drugiej - nie jestem w stanie pojąć, dlaczego przez ponad godzinę biało-zieloni wyglądali na stadionie w
Kielcach jak podwórkowa drużyna, w której tylko Łukasz Surma i Paweł Nowak (no i bramkarz Paweł Kapsa) wiedzieli, po co wyszli na boisko. Reszta - jak mawiał mój trener w juniorach Polonii Gdańsk, niezapomniany Edward Budziwojski - biegała po murawie, jak Żyd po pustym sklepie. Dlaczego zespół, który już nieraz pokazywał, że w piłkę grać potrafi, po raz kolejny przez większość meczu wyglądał na przypadkową zbieraninę? Surma w pomeczowym wywiadzie przyznał, że w przerwie, jako drużyna, zadali sobie podstawowe pytanie: "czy to jest tylko zabawa czy jednak coś więcej?". W przypadku zawodowych piłkarzy powinno być ono retoryczne, ale patrząc na grę Lechii w pierwszej połowie, jego postawienie było jak najbardziej zasadne.
Odpowiedzi na te wszystkie wątpliwości trzeba będzie znaleźć już po zakończeniu sezonu, teraz należy za wszelką ceną wykorzystać nadarzającą się szansę i walczyć o europejskie puchary. Już kilka tygodni temu pisałem, że w końcówce sezonu mniej ważny będzie styl prezentowany przez Lechię, liczyć się będą przede wszystkim zdobywane punkty. Biało-zieloni - również dzięki temu, że przez całą wiosnę taszczą ze sobą ogromna furę szczęścia - wciąż są w grze o podium i wciąż mają los w swoich rękach. Najważniejsze, aby piłkarze już przed meczem odpowiedzieli sobie na sakramentalne pytanie: "czy to jest tylko zabawa czy jednak coś więcej?". Bo umiejętności im nie brakuje.