Club Grand Aqua - hotel, który jest bazą niebieskich podczas zgrupowania w Side - to kilka oddzielnych pawilonów połączonych chodnikami. Budynek Ruchu jest drugi licząc od recepcji, więc droga do autobusu czy na stołówkę nie jest w przypadku chorzowskich piłkarzy zbyt długa.
Łatwo się upewnić, na którym piętrze śpi Ruch, gdyż tuż przy schodach na ścianie korytarza wisi plan, który wyznacza rytm kolejnego dnia obozu.
Obok godzin, które przypominają, o której zacznie się trening lub
śniadanie, jest też rubryka "dyżurni". W sobotę są nimi Arkadiusz Lewiński i Filip Starzyński.
- Dyżury to zajęcie przede wszystkim dla naszej młodzieży. W tym gronie są też Michał Kołodziejski, Kamil Włodyka, Paweł Lisowski, Kamil Lech, ale też i Maciek Jankowski - wylicza Andrzej Urbańczyk, kierownik drużyny. - Pracujemy na trzy zmiany - uśmiecha się Lech.
Piłkarze na zgrupowaniu to koszmar każdej pralni. Zespół codziennie "produkuje" górę ubrań, które potrzebują proszku i wody. To właśnie do obowiązków dyżurnych należy zebranie ich w specjalnym koszu.
Dyżurni odpowiadają też za sprzęt do treningu. Łącznie z najważniejszym, czyli z piłkami. Z nimi jest kłopot. Linie lotnicze radzą, żeby nie wnosić ich na pokład samolotu, gdy są napompowane, gdyż to grozi ich eksplozją. Ma to też swoje dobre strony, gdyż takie "flaki" zajmują mniej miejsca i łatwiej je transportować.
Minus to fakt, że po przylocie trzeba je na nowo napompować. Na szczęście dyżurni nie muszą zawzięcie machać pompkami. W ośrodku, w którym trenuje Ruch znajduje się mały barak, a w nim sprężarka i miły Turek, który zawsze jest gotowy, żeby dobić powietrza i sprawić by piłka była sprężysta jak należy.
W czasie treningu piłki oczywiście wylatują za ogrodzenie i wtedy nie ma wyjścia - trzeba je przynieść. Dyżurni są wtedy w
pracy, czyli w czasie treningu, więc piłek szuka kierownik drużyny na spółkę z fizjoterapeutami.
Jedna piłka za płotem to nic takiego - szczególnie, gdy niebiescy przypominają historię o tym jak zginął im cały worek! Działo się to w biednych, drugoligowych czasach, gdy taka strata była dla klubu bardzo bolesna i kosztowna. Ruch przygotowywał się wtedy do sezonu w Wiśle, a do hali dojeżdżał autobusem. Na jednym z zakrętów otworzył się nie dość dobrze zamknięty luk bagażowy i piłki - jedna za drugą - potoczyły się do lasu. Mimo szeroko zakrojonej akcji poszukiwawczej zguby nie udało się odzyskać...