Panie Tomaszu, miałem przyjemność rozmawiania z panem osobiście albo telefonicznie tylko kilka razy. Wielokrotnie oglądałem za to pana podczas zawodów. Na żywo, jak podczas Igrzysk Olimpijskich w Nagano, ale przede wszystkim w telewizji. Od listopada do marca weekendy w moim domu były ustawiane właśnie pod transmisje z biatlonowego Pucharu Świata. A było co oglądać. Pamięta pan? Olimpijskie srebro w Turynie, medale mistrzostw świata, zwycięstwa w pucharowych biegach. Norwegowie, Rosjanie i
Niemcy za pańskimi plecami...
W tym roku, ale w zeszłym także, do oglądania biatlonu przestało mnie jakoś ciągnąć.
24., 72., 33., 42., 47., 34., 72. - to odległe miejsca, jakie zajął pan w zawodach tegorocznego cyklu Pucharu Świata. A w czwartek czeka pana kolejny bieg - w Novym Mescie.
Jeszcze trzy lata temu był pan drugi w klasyfikacji generalnej PŚ, dwa lata temu - 18., rok temu - 29. Teraz zajmuje pan 53. miejsce.
Przed kilkoma dniami, chyba w euforii po występach Justyny Kowalczyk, przełączyłem telewizyjny kanał na biatlon. Komentatorzy Eurosportu Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski, zawsze bardzo życzliwi dla pana, woleli nie krytykować kolejnego nieudanego występu wielkiego mistrza. Wspomnieli tylko, że na trasie szybsi byli Brytyjczyk i Japończyk, czyli zawodnicy w tym sporcie egzotyczni. Kiedyś zostawiłby ich pan daleko w tyle.
W tym roku kończy pan 39 lat. Z zawodników, z którymi zaczynał pan ściganie, w stawce pozostał chyba jeszcze tylko jeden pański rówieśnik Norweg Ole-Einar Bjoerndalen. Ale i on, najwybitniejszy biatlonista w historii, radzi sobie coraz gorzej.
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że są sportowcy, którzy i po czterdziestce osiągają znakomite rezultaty. Wiem też, że nie omijały pana choroby i kontuzje.
Nie ulega również wątpliwości, że nadal jest pan najlepszym biatlonistą w Polsce. I osiągnął pan tyle, że nie musi już nikomu niczego udowadniać.
Dowiedziałem się także, że reprezentanci kraju - bez względu na aktualną formę - muszą startować w międzynarodowych zawodach, bo dzięki temu nasz związek dostaje kasę.
Uwierzę nawet w to, że po prostu robi pan to, co lubi, i każdy start jest nieustającą przyjemnością. I że ambicja nie pozwala panu odejść w roli przegranego.
Wszystko to są niezłe argumenty. Problem jednak w tym, że nie jestem zwolennikiem chóralnego "Nic się nie stało, Polacy..." i nie chcę zapamiętać swojego ulubionego mistrza na kolanach.
Jeszcze przed miesiącem obiecywał pan w
Katowicach poprawę wyników, ale czy ktoś jeszcze w to wierzył? I czy sam pan wierzył w swoje słowa?
Na swoim profilu na Facebooku wśród ulubionych sportowców wymienia pan m.in. Miguela Induraina i Pete'a Samprasa. Hiszpański kolarz zakończył karierę po zdobyciu złotego medalu olimpijskiego, natomiast amerykański tenisista w swoim ostatnim zawodowym występie wygrał finał
US Open.
Pan już kilkakrotnie zastanawiał się nad zakończeniem kariery. Ale zawsze odkładał tę najważniejszą decyzję.
Z takimi mistrzami jak pan jest ten problem, że na krytykę zwyczajnie sobie nie zasłużyli. Dlatego nie krytykuję. I piszę do pana bez cienia złośliwości, za to z szacunkiem, jaki mam za te wszystkie sukcesy. Pytam tylko: Może czas już kończyć? Może wszystko, co dobre w sporcie, jest już za panem?
PS Wierzę, że w polskim biatlonie z pewnością znajdzie się miejsce dla Tomasza Sikory, ale już w nowej roli.