Tuż po transferze Shaqa do Phoenix tak sobie wyobrażaliśmy nieuchronny pojedynek z San Antonio:
"Siódmy, decydujący mecz finałów Konferencji Zachodniej. Na 15 sekund przed końcem Spurs prowadzą jednym punktem. Czas dla Phoenix. Grant Hill rzuca z półdystansu. Pudłuje! Ale Shaq zbiera i na 0,6 sekundy przed końcem jest faulowany przy próbie dobitki.
Pierwszy rzut wolny... blang, blang... wpada!
Remis.
Piłka znów wędruje do Shaqa..."
I wszystko się zgadza, z tym że - jak w starym dowcipie o rowerach w Erewanie - Suns grają ze Spurs nie w finałach, ale już w pierwszej rundzie play-off. Zamiast wyrównanej walki mamy jednostronną demolkę. A Shaq rzuca wolne nie po to, by wygrać mecz, ale dlatego, że gracze San Antonio umyślnie go faulują.
Nikt jeszcze w historii
NBA nie wygrał serii w play-off, przegrywając 0-3 (czwarty mecz został rozegrany w nocy z niedzieli na poniedziałek). Kiedyś musi być ten pierwszy raz, więc Suns powtarzają: "Wygrajmy następny mecz, dajmy sobie szansę na cud". Ale jak to się stało, że zamiast oczekiwanego przez wszystkich pojedynku gigantów, mamy grę do jednego kosza?
Słynny baseballista Yogi Berra powiedział kiedyś "baseball to w 90 proc. psychika - a druga połowa to sprawność fizyczna". W koszykówce jest podobnie: w połowie decydują umiejętności graczy - ale 90 proc. to psychika i taktyka.
Wiedzieliśmy przed rozpoczęciem play-off, że Suns nie do końca nauczyli się grać z Shaquille'em O'Nealem. Kiedy włączyć szósty bieg i grać swoje stare run'n'gun, a kiedy zwolnić i pozwolić Shaqowi przepchać się pod kosz rywali? W ostatnich miesiącach, gdy Suns próbowali złapać tę równowagę, coach Spurs Gregg Popovich zapewne myślał, jak najskuteczniej ją zburzyć. I dziś ma receptę na wszystko.
Dwie równie silne armie nie są sobie równe, jeśli jedną dowodzi José Mourinho, a drugą Paweł Janas. Jeśli naprzeciw Garri Kasparowa staje mistrz okręgówki. Jeśli rywalem Jarosława Kaczyńskiego jest jego przystawka.
A tak dziś wygląda pojedynek Phoenix z San Antonio.
Obfitością taktycznych sztuczek Spurs można by obdzielić kilka drużyn. Mamy tu i umierającego z bólu po zderzeniu z Shaqiem Tony Parkera (nawet żona Francuza Eva Longoria przyznała, że jest on niezłym symulantem - ale sędziowie wciąż się łapią). Mamy odważne decyzje podejmowane w okamgnieniu - jak w ostatniej akcji meczu numer 1, gdy Popovich nie wziął czasu (nie dając Suns szansy na ponowne wprowadzenie na boisko Shaqa i umożliwiając Ginobilemu bezproblemowy wjazd pod kosz). I mamy wirtuozerskie wręcz wyprowadzanie rywali z równowagi.
W meczach numer 2 i 3 - wcale nie w końcówce - Popovich nakazuje swym graczom umyślne faulowanie O'Neala. Shaq drepcze na linię rzutów wolnych, stresuje się, denerwuje, rzuca, nie trafia. A nawet, gdy trafia, Suns nie są w stanie złapać rytmu. Po trzecim, czwartym faulu z rzędu są sfrustrowani i bezradni. Wściekły
Steve Nash rzuca piłką o ziemię. Trener D'Antoni sadza Shaqa na ławkę. Teraz i O'Neal jest zły. Dlaczego go zdjęto? A Spurs tymczasem odjeżdżają na kolejnych kilka punktów.
Suns mogliby odpłacić pięknym za nadobne, wszak ani Tim Duncan, ani Bruce Bowen na linii rzutów wolnych nie emanują pewnością siebie. Tyle że Suns nie mają ławki. Przez cały sezon grali siódemką zawodników, rezerwowi spalą się z nerwów, trener D'Antoni boi się wprowadzać ich na boisko. Każdy zbędny faul gracza z pierwszej piątki grozi katastrofą w końcówce. Spurs mogą więc swobodnie grać swoje.
I ten schemat się powtarza: Suns jak dotąd niczym nie zaskoczyli swych rywali. Spurs na każde spotkanie szykują nową niespodziankę.
W pierwszym meczu grają wszystko przez Duncana. Ale już w następnym taktyka się zmienia. Duncan staje się przynętą odwracającą uwagę obrony. Punktuje duet Ginobili - Parker, raz po raz wjeżdżając pod kosz Suns.
W meczu numer trzy Phoenix rygluje więc drogę do własnego kosza. Problem? Żaden problem. Im dalej od kosza, tym puściej, Spurs seryjnie grają pick'n'rolle i Tony Parker trafia 17 z 26 rzutów, bijąc swój rekord kariery. Po ostatnim gwizdku przybity trener Phoenix cytuje inny baseballowy aforyzm: "Walnij ich tam, gdzie ich nie ma". Przyznaje: "No i tam nas walnęli".
Niestety, jeśli Suns będą tam, gdzie nie było ich poprzednio, to nie będzie ich gdzie indziej. A Gregg Popovich pewnie już wie, gdzie.