Jerzy Walczyk: Nie cieszył się pan po zdobyciu gola. Dlaczego? Paweł Abott: Ponieważ do ŁKS mam ogromny sentyment. W nim rozpoczęła się moja przygoda w dorosłej piłce nożnej. Tutaj zaliczyłem debiut w ekstraklasie, dlatego klubowi jestem niezmiernie wdzięczy. Pamiętam, jak trenowałem na hali pod trybuną, dlatego było fajnie wspomnieć pobyt na al. Unii. Do tej pory strzeliłem dla Ruchu pięć goli, w tym dwie swojemyu byłemu klubowi - po jednej Pucharze Polski i lidze.
Byli ełkaesiacy na koniec kariery chętnie wracają do klubu. Myśli pan o czymś takim. - Powiedzenie nigdy nie mów nigdy szczególne znaczenie ma właśnie w piłce, dlatego wszystko jest możliwe. Na razie nie wiem, jak potoczą się moje sportowe losy. Ale nie ukrywam, że byłoby miło znów zagrać w
Łodzi.
W Ruchu idzie panu zdecydowanie lepiej, niż przed laty w klubie z al. Unii. - Moja dobra gra i gole to efekt tego, że trener Waldemar Fornalik na mnie stawia. Z każdą kolejką gram coraz więcej, stąd szybki powrót do dawnej formy.
Był pan zaskoczony, że ŁKS rozegrał tak słabe spotkanie? - Myślę, że to nie ŁKS był tak słaby, ale Ruch rozegrał dobre spotkanie. Proszę zauważyć, że w kluczowych momentach zdobywaliśmy bramki, które wyraźnie odbierały rywalom ochotę do
gry. Mówię to jako zawodnik. Wychodzić po przerwie, chcesz wyrównać, a tymczasem dostaje kolejną bramkę. I to według mnie był klucz do zwycięstwa.