- Na tym boisku bardzo ciężko będzie coś zdziałać - mówił w sobotę w "Ogródku" kapitan Widzewa
Łódź Jarosław Bieniuk, gdy pytaliśmy go, czy jego zdaniem Warta ma szansę liczyć się w walce o wejście do ekstraklasy.
Piłkarz Widzewa zasugerował też, że jeśli poznaniacy chcą myśleć o walce w czołówce, powinni "coś z tym boiskiem zrobić". Na to się jednak nie zanosi. Wiadomo, że Warta zagra na Drodze Dębińskiei jeszcze tylko sześć spotkań ligowych, a od nowego sezonu będzie już grała na Stadionie Miejskim przy ul. Bułgarskiej. Stan jej obecnego placu zależy w głównej mierze od pogody, a ta przygotowała piłkarzom na sobotę dość ciężkie grzęzawisko.
Jeszcze niedawno nikt z Warty nie narzekałby na taki stan rzeczy. "Zieloni" uchodzili za zespół, który na swoim specyficznym stadioniku potrafią pokonać rywali uważanych za silniejszych. Nie chodziło oczywiście o jakąś niebywałą atmosferę na trybunach - ta z miesiąca na miesiąc się poprawia, ale wciąż trudno mówić o paraliżującym przeciwnika dopingu dla gospodarzy. Chodziło właśnie o nierówne i często grząskie boisko. Obeznani z nim poznaniacy potrafili na tej murawie zaskoczyć niejednego. Liczyła się właśnie znajomość terenu i determinacja.
Obecny zespół Warty ma jednak o wiele więcej walorów. Jest w nim coraz więcej piłkarzy, którym nierówności pod nogami bardziej przeszkadzają niż pomagają. To przede wszystkim Piotr Reiss, Tomasz Magdziarz i zatrudnieni zimą Damian Seweryn i Artur Marciniak. O klasie piłkarskiej Reissa - niemal w każdym meczu wyróżniającego się gracza Warty - nie ma co mówić. Wiadomo, na równym boisku może on tylko zyskać. Ale też Marciniak i Seweryn mają nawyki i kulturę
gry z ekstraklasy. Gdyby jeszcze w Warcie grali na wziętych stamtąd murawach, pewnie wnieśliby do zespołu o wiele więcej pod względem sportowym.
Inaczej wygląda sprawa z Szymonem Kaźmierowskim. On też przyszedł zimą, również z klubu ekstraklasy (Polonii
Warszawa). Tyle że wzmocnieniem dla "Zielonych" nie jest i trudno przewidzieć, czy zdąży być jeszcze tej wiosny. W sobotę Kaźmierowski wszedł na ostatni kwadrans meczu. To, że sobie nie pograł przy obronie Widzewa, jeszcze o niczym nie świadczy, bo ten ma w defensywie piłkarzy przerastających całą ligę. Problem w tym, że Kaźmierowski wygląda teraz tak, jakby sam był dla siebie największym przeciwnikiem. Po długiej przerwie w występach ma ogromne zaległości. Nie był ich w stanie zniwelować przez cały okres przygotowawczy. Tak naprawdę potrzebowałby jeszcze kilku sparingów, by odzyskać pewność siebie.
Dzisiejszy Kaźmierowski przypomina Marcina Klatta sprzed półtora sezonu. Ten po załamaniu formy bardzo długo do niej wracał. I wrócił - na dobre tak naprawdę dopiero wtedy, gdy latem dostał za partnera Reissa. To u jego boku miał sytuacje, których nie sposób było zmarnować. Na "powtórkę z Klatta" liczył też w
Poznaniu Kaźmierowski, też chciał się w Warcie odbudować. Na razie nie ma jednak nawet fundamentów, czyli przygotowania fizycznego. Póki go nie odzyska. cała Warta będzie miała problem, bo poza wychowankiem Dyskobolii Grodzisk nie ma napastnika, który mógłby wskoczyć na tzw. szpicę, grać tam regularnie i zdobywać gole. A bez tego punkty będzie trudniej, niż mogło się wydawać.
Warta ma jednak szczęście. Po dwóch meczach wiosennych traci do miejsca dającego awans pięć punktów - czyli punkt mniej, niż traciła po jesieni. Poza Widzewem murowanych kandydatów do awansu brak. - Warta jest w grupie pięciu-sześciu drużyn, które powinny się liczyć w czołówce - mówili po meczu łódzcy piłkarze.