Ostatnie wyniki Warty
Poznań spowodowały, że zaczęło się w
Poznaniu mówić nawet o szansach "Zielonych" na awans. Mecz z najsłabszą drużyną ligi Stalą Stalowa Wola brutalnie te sądy zweryfikował.
A przecież po pokonaniu Górników z Zabrza i Łęcznej piłkarzy Warty czekał teoretycznie dużo łatwiejszy mecz z outsiderem. Kolejny raz jednak okazało się, że poznaniakom bardziej odpowiada
gra z lepszym niż ze słabszym przeciwnikiem. - Tacy rywale najchętniej wstawiliby do swojej bramki autobus, żeby się skutecznie bronić. Niby jesteśmy tego świadomi, a potem i tak nie umiemy znaleźć na to recepty - żałował po meczu Damian Pawlak. A był to pierwszy mecz w tym sezonie przy Drodze Dębińskiej, w którym kibice nie obejrzeli goli.
Obrona Warty przed tym meczem znów musiała zostać zmieniona. Za kartki pauzował Błażej Jankowski przeciwko Lechowi w juniorach zagrał Maciej Wichtowski, wystąpić nie mógł też Przemysław Otuszewski. Trener Bogusław Baniak na lewą stronę przestawił więc Pawła Ignasińskiego, a na drugiej flance biegał Alan Ngamayama. Duet stoperów tworzyli Sebastian Przybyszewski i Adrian Bartkowiak. I to właśnie Bartkowiak był chyba najlepszym piłkarzem pierwszej połowy spotkania. Interweniował pewnie, był szybszy od napastników Stali i wprowadzał spokój w poczynania defensywy Warty. Ku zdziwieniu wszystkich w pierwszej połowie
gry goście ze Stalowej Woli nie zamierzali bowiem się tylko kurczowo bronić. Najpierw zaatakowała co prawda Warta (groźny strzał Pawła Iwanickiego w 10. min), ale z czasem "Stalówka" poczynała sobie coraz odważniej. Po półgodzinie spotkania mogło, a nawet powinno być 0:1. Paweł Wasilewski, brat Marcina, reprezentanta Polski znanego też z gry w Lechu, uciekł Ngamayamie i groźnie strzelił na bramkę Radlińskiego. Bramkarz "zielonych" odbił piłkę, ale ta trafiła pod nogi niepilnowanego Piotra Gilara. Gilar dał jednak pokaz nieporadności i nie umieścił jej w siatce. Poznaniacy odpowiedzieli chwilę później, gdy ładne uderzenie głową Tomasza Bekasa świetnie odbił jego imiennik Wietecha.
- Byłem zaskoczony tak dobrą pierwszą połową w wykonaniu Stali - mówił potem trener Baniak. Po przerwie piłkarze Warty wyglądali jakby w szatni wymieniono im baterie. Dużo lepiej. Niestety efekt "doładowania" był krótkotrwały, bo zdecydowane i energiczne ataki gospodarzy skończyły się szybko. W 52. min dwójkową akcję Marcina Wojciechowskiego z Ngamayamą (w drugiej części boczni obrońcy Warty byli stali się pomocnikami) strzałem głową nad poprzeczką wykończył Iwanicki. Kwadrans później swoją najlepszą sytuację w meczu miał Piotr Reiss, gdy po dośrodkowaniu Tomasza Magdziarza i odbiciu piłki od obrońcy miał przed sobą tylko bramkarza Stali. Trafił jednak w niego. - To nie był mój najlepszy dzień - przyznał Reiss, który po akcji wprowadzonego na boisko Pawlaka miał jeszcze jedną okazję do gola.
Bronią Warty w tym spotkaniu miały być stałe fragmenty gry, ale nic z nich nie wyszło. - Ich wykonanie najczęściej kończyło się kompromitacją. Z moich planów wyszła wielka kicha - żałował trener Baniak.
Do słabego poziomu meczu dostosował się niestety sędzia Michał Zając, który nie pokazał ani jednej żółtej kartki, choć powinien to zrobić co najmniej kilkakrotnie.
Warta zremisowała 0:0 ze Stalą Stalowa Wola, z czego cieszyć mógł się tylko trener gości Janusz Białek: - W naszej sytuacji każdy punkcik jest cenny - każda jaskółka czyni wiosnę - komentował, bo Stal nadal jest w tabeli ostatnia.
Rozczarowania nie kryli za to warciarze. - To był brzydki i taki bezpłciowy mecz. Nie możemy powiedzieć, że ten punkt cieszy - opowiadał kapitan "zielonych" Tomasz Magdziarz. - Cały zespół nie pokazał dziś 100 procent swoich możliwości, była w nas jakaś niemoc - mówił. Magdziarz nie chciał zwalać winy na boisko, ale faktem jest, że jego stan pozostawiał wiele do życzenia: - Gdy Warta broniła się przed spadkiem i grała jak "Stalówka", takie boisko było atutem. Teraz w piłkę gramy lepiej i kiepska murawa jest atutem słabszych zespołów, które do nas przyjeżdżają.
- Gdyby do przerwy coś wpadło, pewnie byśmy wygrali. Stal konsekwentnie wybijała nas z rytmu - żałował braku zwycięstwa trener Bogusław Baniak: - Nie wiem, czy sytuacja nas przerosła, ale kilku zawodników chyba do niej nie dojrzało. Mecz ligowy wymaga profesjonalizmu, zaangażowania, a ja słyszałem w szatni hasła o 7:0 i piłkarzy rzucających sobie lotki - opowiadał szkoleniowiec. - Dla mnie bohaterem jest Łukasz Radliński, który zdecydował się na bronienie pomimo kontuzji. Powiedziałem mu, że dla mnie jest kozakiem - zakończył Baniak.
Warta Poznań - Stal Stalowa Wola 0:0
Warta: Radliński - Ngamayama, Bartkowiak, Przybyszewski, Ignasiński - Bekas, Wojciechowski (67. Loliga) - Magdziarz, Reiss, Iwanicki (75. Pawlak) - Klatt.
Stal: Wietecha - Szymiczek, Piszczek, Maciorowski, Lebioda - Czpak, Krawiec, Mihałewskyj (56. Michalczuk), Gilar (66. Drozd) - Salami (60. Myszka), Wasilewski.
Widzów: 1200
Sędzia: Michał Zając (Sosnowiec)